...ehhhh...tydzień temu ryczałam na stacji autobusów, gdyż były to moje ostatnie chwile z NIMI!!!!:(
Minęło 6 dni od kiedy jestem w domu...i nie ma dnia, ani nawet godziny, żebym nie pomyślała "ciekawe co teraz robią w Corunii?":) ehhh...tak bardzo chciałabym tam wrócić! W Spaniiii życie po prostu się toczyło, nie musiałam zastanawiać się nad tym, gdzie powinnam iść, co powinnam zrobić, sprzątałam kiedy chciałam, jadłam kiedy chciałam, żyłam jak chciałam...teraz? Reguły, muszę to, muszę tamto, wypada to, nie wypada tamto, a co inni powiedzą...i to BEZNADZIEJNE I DOPROWADZAJĄCE do szału "no muisz się przyzwyczaić!" tam było taaaaaaaaaaaak fajnie...!!!
no, ale moja podróż powrotna była ciekawa i udowadniająca mi, że mogę zrobić wszytsko i znieść wiele, więc troszkę opowiem!
Pakowanie...zaczęłam w sobotę z pomocą Bożą i Dominiczkową jakoś poszło!:) matko co ja bym tam zrobiła bez Domi to nie wiem! na serio! ona była moją jedyną nadzieję na spakowanie walizki...:) w poniedziałek przed wyjściem z domu obstawiali ile będzie ważyła...nikt nie zgadł...jak włożyliśmy ją na wagę na stacji autobusów okazało się, że 12 kg nadbagażu...;o;o;o;o;o;o myślałam, żę padnę tam trupem! ale coś tam powyciągałam i pojechałam z nadbagażem ok 29 kg...cóż...miałam 17 godzin na zastanowienie się co wyciągnąć na lotnisku..;p
Podróż autobusem to była decyzja the best!!!! ryczałam, spała, słuchałam muzyki...i tak w kółko! minęło bardzo szybko!
Wysiadłam na Barcelona Sants z rozwaloną( już w Corunii urwała się rączka do noszenia i do trzymania, gdy się ciągnie) walizką, dwoma reklamówkami, laptopem i mega ciężkim bagażem podręcznym! O dziwo wysiadłam z autobusu o 7:05 i na mojej twarzy zagościł uśmiech! Byłam w moim magicznym, ukochanym mieście Barcelonie!!!!!:D:D:D
Przedostałam się na Sants, które było bliziutko, kupiłam bilet na bezpośredni pociąg ( 3 euro), przedostałam się przez kilkadzisiąt schodów (dzięki temu kto wymyślił ruchome schody!), wsiadłam do pociągu i po jakiś 15 min wysiadłam na lotnisku! było ciężko z tym wszystkim, ale dałam radę! Choć w pewnym momencie już nie miałam sił!!! myślałam, że usiądę i zacznę ryczeć, gdy okazało się , że mój terminal jest na samiutkim końcu..:(:(:( Jakiś przystojny facet chyba zauważył, że ledwo żyje i zaproponował pomoc! dzięki mu wielkie, bo przeszedł ze mną 2 terminale, a żeby dostać się na 3 wzięłam już wózek, którego wcześniej nie znalazłam...;/ i przedostałam się tam gdzie być powinnam:) no to zaczęło sie przepakowywanie: co założe na siebie, co do podręcznego, a co można wyrzucić...jak już upchnęłam wszystko i poszłam nadać walizkę okazało się, że wciaż mam 6 kg nadbagażu. Wzięłam ją, coś tam wyrzuciłam...i ostatecznie zostałam odprawiona z 5, 5 kg nadbagażu..;p tak, tak wiem...mój fuks ponownie o sobie przypomniał.
Póź niej odprawa, rozbieranie się ze wszystkiego co na sobie miałam, a było tego dużo:D, wyciąganie laptopa, itp. no i obeszło się bez problemów.:) ostanie drzwi...modliłam się, aby pozwolili mi przejść z laptopem osobno, a nie, jak być powinno w bagażu podręcznym! Moje modlitwy zostały wysłuchane! Bez problemów zostałam wpuszczona na pokład spóźnionego samolotu! EASY JET THE BEST!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!:D:D:D:D
Potem był lot, ok. 2 godz i wylądowałam w Berlinie, gdzie czekało na mnie bardzo miłe powitanie!!!!!:D
Wieczorem zawitałam do domku...mama przywitała mnie płaczem radości, a reszta mocno wyściskała:) Po rozdaniu prezentów, które na szczęście bardzo sie podobały zasiedliśmy do uroczystej kolacji..hehe:) i były tulipanki na powitanie..:)
No i od środy rana biegam...non stop...Poznań, uczelnia, spotkania, odwiedziny, maile, oczekiwanie na wyniki z Hiszpanii...i tęsknota!!!!!! bardzo duża tęsknota za tym, co zostawiłam w A Corunii!
Za 5 miesiącami pełnymi wrażeń, wyzwań, sprawdzania siebie, pełnymi przecudownych znajomych, imprez, spotkań...za życiem, które odpowiadało mi w każdym, nawet najmniejszym szczególe...ehhhh...!!!!!!!!!!
Dzięki wszystkim za wszystko..:*:*:*
A teraz? Nowe wyzwania, licencjat do napisania, praca do poszukania...itp....ale...mam nadzieję będzie ok..:) tzn. wiem, że będzie...musi...:) w końcu jakoś inni przeżyli po Erasmusie nie?:) dobra...idę pokazywać zdjęcia po raz, nie wiem który!:)