No to zaczynam Wam opisywać moją pięciomiesięczną przygodę z Hiszpanią. Mam nadzieję, że nikt się nie zanudzi i że komuś to moje pisanie sprawi frajdę albo nawet pomoże.
Więc...pierwsze, co Wam chciałam powiedzieć to LUDZIE JEDŹCIE NA ERASMUS!!!:D
Przygoda zaczyna się już w Polsce kiedy wsiadasz do samolotu i mieszają się, tak jak w moim przypadku 2 skrajne uczucia. Pierwsze to „ zostawiam całą rodzinę, znajomych, wszystko, co mam ( za wyjątkiem bagażu, który ciągnie się ze sobą naturalnie!:)!)” natomiast drugie uczucie jest o wiele przyjemniejsze „ Jadę w świat, poznam nowych ludzi, język itp., sprawdzę siebie….” W moim przypadku łzy mieszały się z uśmiechem…, ale jak wsiadłam do samolotu byłam mega szczęśliwa, że się na to zdobyłam.
aaaaaaaaaaaaaaa...proszę nie zwracać uwagi na daty, gdyż swoją przygodę zaczęłam 26.09. ale posty zamieszczam dopier teraz. Postaram się być na bieżąco, ale to strasznie trudne;p
Moją przygodę z Erasmusem zawdzięczam Karolinie A.:) kompanowi z licealnej ławki, przyjaciółce, mega zakręconej osobie..:) pierwotny zamysł był taki, że jedziemy do Turcji ( pomysł Karoliny, z racji jej miłości do tego kraju), chłopakom, którzy pomogli mi w kupnie biletu no i Marteczce ( kompanowi z liceum, przyjaciółce, osobie, która wierzyła we mnie i której porady okazały się niezbędne!) która wspierała mnie z całych sił i robi to nadal. No niestety, tzn. teraz już stety dla mnie, nie dostałam się na wyjazd do Turcji po rozmowie kwalifikacyjnej- miałam za mało punktów. Karolina, owszem, dlatego teraz spędza równie cudowny czas, co ja, ale właśnie w tym kraju. Trochę nam przykro, że przygodę życia przeżywamy osobno, ale co tam…znajomi w dwóch fajnych, ciepłych krajach to jest coś…hehe
No to zaczęłam od kupna biletu…i tu wielkie dzięki dla Bartosza i Budzynia! Ryanair, 150 zł Poznań Ławica do Girony. Stamtąd musiałam przedostać się do Barcelony, była 23.30. Łaziłam po tym lotnisku bez celu zastanawiając się sama nie wiem, nad czym. Dobra…podchodzę w końcu do kolesia, bardzo przystojnego, w okienku i pytam, po angielsku, jak mogę dostać się do Barcelony. No to mi powiedział, że busem ( o czy już wiedziałam, ale miałam nadziej, że może powie mi coś więcej) i, że w Barcelonie jest teraz fajnie, bo jest duuuża fiesta Ok., fajnie, pomyślałam, więcej ludzi do pomocy...hehe:D. No cóż, poszłam na ten dworzec, pięknie kupiłam bilet(12ϵ) dogadując się po angielsku no, ale pojawił się mały problem, mianowicie, którym busem jechać, bo było ich sporo, ale został szybko rozwiązany, zapytałam no i poszłam za tłumem.:) po, ponad godzinie znalazłam się w Barcelonie. Ehh…wysiadłam na dworcu no i…zaczęła się pierwsza przygoda. Oczywiście ja, jak to ja, hotel niezarezerwowany, nie za bardzo wiedziałam, w którą stronę iść, ale dzięki Bogu spisałam nazwę ulicy, na której znajdował się mój potencjalny hostel do spania, na kartce. Po prostu pokazywałam, o jaką ulicę chodzi grupka Hiszpanów mówiących trosinkę po angielsku poleciła metro i powiedziała, dokładnie na jakiej stacji mam wysiąść. Ok., fajnie…znowu problem z kupnem biletu, ale dałam radę sama, tym razem bez pytania innych. Zapytałam tylko skąd odjeżdża linia numer 2 i to wszystko. Wysiadłam na przystanku Universidad…ale nie wiedziałam jak wydostać się z podziemnego metra i w którą stronę iść…śmiałam się sama do siebie, chociaż teraz nie rozumiem co było śmiesznego w taszczeniu ze sobą mega ciężkiej walizki, torebki i laptopa..;/:D no dobra wydostałam się z metro, popytałam gdzie ulica, której szukam, przeszłam kawałek pieszo…i jest hostel! Wywieszka…wolne pokoje od 19ϵ...myślę sobie super, no to mam nocleg. Hmm…już po chwili mój entuzjazm padł, gdy pani przez domofon bardzo niegrzecznie poinformowała mnie, że pokoi nie ma..;/ stałam tam jak taki słup, ale po chwili koleś, Murzyn, pijany, idący na dyskotekę zapytał czy mi nie pomóc. Streściłam mu historię…ok stwierdził, że pomoże mi poszukać noclegu. Łaziliśmy po Barcelonie nie wiem ile…godz., dwie po czy stwierdził, że jest za dużo ludzi w Barcelonie, że bardzo ciężko z tanim noclegiem i że jak chce to mogę spać u niego jedną noc, a jutro pomoże mi szukać habitacion. Nooooo yyyyy...nie zgodziłam się;) przygoda przygodą, ale bez przesady…stwierdził, że mam wziąć taxi i jechać na stacje, a stamtąd do A Corunii, miejsca, w którym będę studiowała, bo innego wyjścia nie ma. Nie dał sobie wytłumaczyć, że nie chce jechać taxi, bo po pierwsze za drogo, a po 2 co ja miałam robić o 3 nad ranem na stacji, na którą nie można było wejść bo zamknięta do 5 lub 6..;/ na odczepnego powiedziałam mu, ze ok. wezmę to taxi. Poszedł sobie, a ja ruszyłam w samotny, pieszy rejs po nocnej Barcelonie. Pytałam ludzi gdzie jest Sants Estació i, o dziwo, wszyscy wskazywali to samo miejsce. Wiem, na szczęście z doświadczeń koleżanki, że Hiszpanie ten sam adres potrafią wskazywać w zupełnie innych kierunkach...hehe no, ale ok. wszyscy mówili to samo, więc szłam, szłam i szłam…aż nie spotkałam ICH idę sobie, patrzę stoi dwóch miłych kolesi, pomyślałam „Nie no już 5 raz nie zapytam o tą głupią stację..” i zapytałam...hehe. Nawiązała się rozmowa, dlaczego idę na pieszo, dokąd jadę, dlaczego nie zostaje w Barcelonie itp…na szczęście Baraka mówił troszkę po angielsku, bo, jak się później okazało jego brat Yacin, nie mówił nic w tym języku. No to po raz kolejny streściłam im moją historię, powiedziałam, że chciałam zostać, ale że nie ma miejsca w hostelach itp. na co, Baraka mówi, że on wie gdzie są tanie noclegi i że będą na bank. No to ja, chociaż trochę zdziwiona skąd on taki pewien, się ucieszyłam bo to oznaczało, że zostaję w Barcelonie tak jak zamierzałam. No i Baraka mówi ok., poczekaj pójdę po auto i jedziemy…w tym momencie decyzja została podjęta:D. Zapytałam tylko czy to nie będzie problem odpowiedź wiadomo jaka „Nie” Świetnie miałam tani pokój, blisko wszędzie, czego chcieć więcej? Poszłam spać nie wiem o której. Oczywiście uzyskałam odpowiedź na wszystkie pytania, które zadałam trochę po angielsku trochę po hiszpańsku no i zasnęłam mega spokojna ok. 5 rano...:D koniec dnia pierwszego!