wtorek, 29 grudnia 2009

świeta, święta...:D:D:D

Czas na, myślę, ostatnią notkę w tym roku...hehe:D

Święta, święta... i po świetach:D

Zaczęło się we wtorek (22.12.2009r.) zakupy, ostatnie przygotowania do przygotowań, spotkania, ustalania itp...latanie jak w Polsce. Z małą, a jednocześnie dużą różnicą! Bez samochodu, mamy, któa zawsze wiedziała co, gdzie i za ile kupić, za to z pełną dezorientacją, ciężkimi siatkami pełnymi niezbędnych produktów i obawami czy dam radę zrobić to, co do mnie należało... Nie dość, że nie miałam zielonego pojęcia jak zabrać się za gotowanie, to jeszcze miałam problem z prezentem dla Serkana. Mianowicie wymyśliłam. że stworzę dla niego zdjęcie wydrukuje i oprawie w ramkę, a do tego Sangria...:D no to pomysł był świetny, ale gorzej z realizacją bowiem, gdy zdjęcie zostało wydrukowane miało wiele niedoskonałości. No, ale dzięki Tomkowi i Asi, którzy w Dolce Vita w Media Markt odkryli mozliwość normalnego wywołania zdjęć prezent został pomyślnie zakończony w środowe popołudnie...:D:D:D

W środę przedpołudnie i chwilę popołudnia spędziałam w Dolce, później kolejne 2 godz zakupy spożywcze i ok 14.30 wzięłam się za gotowanie!:D Dzięki Bogu ktoś wymyślił Skypa i mama mogła mi cały czas służyć radą:)

Zaczęłam więc od kapusty z grzybami...poszło jak z płatka..:D az sama się zdziwiłam, że to takie łatwe! wiadomo..do polskiej kapusty jeszcze dużo brakowało, ale impitacja była niemalże perfekcyjna...:D:D:D poczułam się dumna!

Jako drugi rzecz...placek! offfff...zaczęło się strasznie, gdyż białka nie chciały ubić się naszym domowym blenderem! byłam zrozpaczona...wszystko kupione, chęci duże, a jajka ubić się nie chciały;/ naturalnie mama posłużyła radą...skończyło się jednak na tym, że wzięłam kolejne 5 białek i postanowiłam je ubić ręcznie znalezioną w domu "trzepaczka";p nawet nie potrafię opisać tego jaka była moja radość, gdy po kilku minutach jaka były idealne...hahaha..:D:D:D no to dodałam wszystkiego co trzeba i ciasto z jabłkami wylądowało w piekarniku!!!! mega, mega z siebie zadowolona, z dumą w głosie oświadczyłam to mojej mum, ale zostałam ostudzona faktem, iż teraz nie wiadomo czy się upiecze:) jednak już 15 min potem ciasto zaczęło rosnąć, a godzinkę póżniej wyciągnęłam z piekarnika wysokie, upieczone, pięknie wyglądające ciasto z jabłkami!!!!!! moje zadowolenie z siebie osiągnęło szczyt, gdy pokazałam je mamie i słyszałam autentyczny podziw i zdziwienie, że jej córka, któa nigdy wczesniej piec nawet nie próbowała, stworzyła coś tak ładnie i smacznie wyglądającego...:D:D:D!!!! jak się póżniej okazało było tak smaczne jak wyglądało...hahaha..:D duma nie opuściła mnie do dziś...;p;p;p

3 potrawą były pierogi...:D również zaskoczyły nas swoją "łatwością" wykonania..:D razem z dziewczynkami, Martą i Asią, dałyśmy radę:D ciasto, farsz, gotowanie...poszło jak z płatka:D 

kapusta z grzybami, placek, pierogi...i zakończyłam swój dzień ok godz 23.00:D mega zadowolona, mega dumna...i w ogóle szczęsliwa:D

W dzień Wigilii od rana było jeszcze trzeba załatwić kilka drobnostek( m.in. sałatka z tuńczyka)...no i zaczęły się przygotowania pełną parą. ok 17 przyszły dziewczyny, aby dokończyć gotowanie barszczu. hahaha...:D:D:D nie wiem jak one to zrobiły, bo nikt z nas nie miał najmniejszego pojęcia jak gotuje się barszcz. W tym przypadku, było ok. 6 kucharek...i do jedzenia był mega duży gar dobrego barszczu. Byliśmy bardzo zadowoleni, zwłaszcza, że zasięgnęłyśmy porad prawdziwego kucharz, który niestety nie miał pojęcia jak gotuje się barszcz z ugotowanych już buraków, a my dałyśmy radę.!!!!:D:D:D na Erasmusie niemożliwe staję się możliwe...hehe:D 

Do stołu pełnego wielokulturowego jedzenia( turecki ryż, tureckie ciasto, rumuńskie gołąbki, rosyjskie sałatki...polska reszta!) zasiedliśmy ok godz 20.00:D była modlitwa, czytanie Ewangelii w 3 językach, a później dzielenie się opłatkiem:D Nasi tureccy przyjaciele wzięli udział we wszystich obrządkach poza modlitwą, co jest oczywiste! Było mega sympatycznie...zanim 15 osób nawzajem życzyło sobie wszystkiego najlepszego trochę czasu upłynęło. Ale wszyscy cierpliwie czekali no i zasiedliśmy w końcu do kolacji. MNIAM, MNIAM, MNIAM...nie da się tego określić! było jak w domu...pysznie, bogato, z uśmiechem i stołem pełnym świątecznego rozgardiaszu:D

Naturalnie, po kolacji przyszedł czas na prezenty, najbardziej oczekiwany moment dla Serkana i Barisa...hehe...:D i tu też było jak w domu...czekaliśmy, aż wszyscy zjedzą i tym razem ostatnią osobą była Asia...:D no, ale dotrwaliśmy! prezenty rozdawałam ja...jako gospodyni domostwa...haha:D Wszyscy zadowoleni zabraliśmy się do jedzenia ciasta, picia kawy, herbaty, soku, spiewania kolęd...i wszystkiego co świąteczne! Nawet Agata, która była w Polsce nam towarzyszyła...w dobie internetu, to nie problem..:D

No i o 24:00 zebraliśmy się na Pasterkę. Jak jeden mąż ( łącznie z Merve, Barisem i Serkanem oraz prawosławnymi dziewczynami) pomaszerowaliśmy do kościoła znajdującego się 2 minuty drogi od mojego mieszkania( mówiłam, że wszędzie mam blisko...hehe!). Msza zupełnie inna niż w Polsce...nasza polska naturalnie lepsza:D!!! Było jednak ciekawie...zwłaszcza, gdy Baris z mega zdziwieniem na twarzy zapytał co się dzieje, gdy ksiądz rozdawał komunie!!! hehehe...:D:D:D różne narodowości, różne kultury, różne religie...wiele się można nauczyć, wiele dowiedzieć...bezcenne!

Po Pasterce ponowna wizyta u mnie...no i ok 2:00 w nocy niektórzy zebrali się na imprezę, niektózy poszli do domów...ja nie poszłam nigdzie, gdyż byłam u siebie, a na imprezę mi się nie uśmiechało w Wigilię. Moje kochane tureckie chłopaki pomogły mi sprzątać i zostałam sama z Asią! Położyłam się do łóżka ok.4:00 nad ranem po sprzątnięciu kuchnii i przygotowaniu stołu na pierwszy dzień świąt, który również odbywał się u mnie z racji tego, że było co jeść.

25.12.09 przywitałam pierwszych gości po godz 15. Naturalnie wszyscy spóźnieni:D o 15 obiad miał się zacząć, a pierwsi przyszli po 15..;p no, ale nic...poczekaliśmy do 16 i zasiedliśmy do stołu...jednak tylko garstą ludzi...haha:D Ostatni przyszli ok. 18 dlatego nie czekaliśmy. Najważniejsze, że wszyscy się najedli i atmosfera ponownie była wspaniała. Był obiad, ciasto, kolędy...i ok.21 zebraliśmy się na mini spacer! do mieszkania Julity i Doroty, które zaprosiły nas poprzedniego dnia...na kawę i ciasto:D! tak! tego nam było trzeba...haha...:D no więc jak przystało w święta wypiliśmy kawę, zjedliśmy przepyszne ciasto Julity i ok. 1:00 zebraliśmy się do domu!

Kolejny świąteczny dzień zakończony jak należy...jedzeniem i piciem...haha:D Tym razem położyłam się spać ok.5:00 nad ranem...plotki z Serkanem na MSN zabrały mi dużo czasu...hehe:D

2 dnia świąt wstaliśmy po południu i o 15:45 spotkaliśmy się na przystanku- czas na łyżwyyyyyyyyyy...:D:D:D obawiałam się o moje umiejętności, ale dałam radę...ponad 2 godziny bez wywrotki:D! nawet pomagałam Merve i Serkanowi, gdyż były to ich początki! Ale dali radę! naprawdę myślałam, że jest z nimi gorzej! Serkan był bardzo wyrwały, gdyz chce opanować umiejętność łyżwiarstwa niemalże do perfekcji na stopniu podstawowym...jeszcze kilka lekcji i da radę...hehe!:D

przed 20 opuściliścmy lodowisko i już po chwili czar radości prysł! przynajmniej dla mnie! Okazało się, że zgubiłam mój UKOCHANY kolczyk!:( nie mogłam powstrzymać sie od płaczu. Baris zrobił dla mnie ową zgubę z kółeczka do kluczy, ale to nie to samo...! To nie był tylko kolczyk...to był sentyment i przecudowne wspomnienia...no cóż...zostawiwm w Hiszpanii cząstke siebie! Zakończyłam dzień rycząc w poduszkę...ehhh..

W niedzielę odwiedziłam Merve, któa zrobiła PRZEPYSZNĄ turecką potrawę:D! była prosta, więc któregoś dnia ja postaram się ją stworzyć! posiedziałyśmy, poplotkowałyśmy, porozmawiałyśmy o tureckich tradycjach i po powrocie do domu zabrałam się do oglądania Gossip Girl...:D:D:D dzien skończył się nad ranem!:D

Wczoraj Merve była u mnie na obiadku. Później wybrałyśmy się na spacer! hmm..naturalnie skończyłyśmy w sklepie i nie omieszkałyśmy kupić sobie kilku rzeczy...;p jesteśmy kobietami...mamy do tego pełne prawo:D gorzej z finansami, ale co nam...raz się żyje...haha:D Wieczór zakończyłam naleśnikami z czekoladą u Asi i plotami z Martą, Beatą i Mają ok 4:00 nad ranem!

A dziś piżamowy dzień! Gosiip Girl zakończone, pranie zrobione, blog napisany, połączenie z rodzinką zrealizowane i chęci na zrobienie czegoś pożytecznego nadal są...gorzej z realizacją:D:D:D no, ale cóż...hehehe!

sobota, 19 grudnia 2009

Madryt...:D

No to przyszedł czas na relacje z ostatniej, większej erasmusowej wyprawy w tym roku! przedstawiam...Madryt...:D

Zaczęło się w niedzielę (13.12.2009r). Na przystanku autobusowym spotkałam się z Domi i Charlotte, gdyż, z racji naszego lenistwa nie chciało nam się iść spacerkiem:D dotarliśmy pod NH Atlántico Hotel, stamtąd odjeżdżał bus prosto na lotnisko w Santiago (6,9 Euro;/!) po jakiś 45 minutch wysiedliśmy na miejscu...odprawa itp. , no i znaleźliśmy się w samolocie (Ryanair naturalnie;p) aaaa..nie obyło się bez delikatnej nerwówki, gdyż...Andreea miała literówkę w imieniu, ja miałam złą datę ważności paszportu, a Turcy jakiś tam zły numer czegoś...aaaa...no i mój bagaż, z laptopem Andreei, która z Madrytu jechała do domu, nie mieścił się w wymiarach! no, ale jak się okazało wszystko poszło ładnie i składnie! do samolotu weszliśmy całą 11 : Dominika, Andreea, Charlotte, Merve, Baris, Serkan, Karolina, Maja, Beata, Tomek no i ja..:D

niecała godzinka i bezpiecznie wylądowlaiśmy w Madrycie. Pierwsze zaskoczenie...jadę sobie po taśmie, rozmawiam przez telefon i nagle słysze "Hola Ania!". Mega zdziwiona patrze...a to usmiechnięty Javier( mój współlokator!) wiedziałam, że był w Madrycie, ale byłam pewna, że jedzie w sobotę i w sobotę wraca...a tu niespodzianka!:D

Dotarliśmy do naszego hostelu ( Cat's Hostel) bez większych problemów. Poszliśmy na metro, odpowiednią linia no i później nasz przewodnik Charlotte doprowadziła nas do hostelu! szału nie było! jak dla mnie...bo z innymi było nieco gorzej! np.Andreea ze swoją klaustrofobią nie mogła spać na dolnym łóżku, więc trzeba było zrobić zamianę. No, ale w końcu, jakoś tam się zorganizowaliśmy! chwila odpoczynku...i zwiedzanie!

Zaczęło się od zjedzenia czegoś (Burger King bo tani...hehe...;p!) no i ruszyliśmy w stronę Muzeum Prado. Okazało się, że dopiero od 17 jest za free, więc pospacerowaliśmy troszkę po Madrycie: Tomek (nasz przewodnik:)!) pokazał nam piękny budynek poczty, plac na którym Real świętuje swoje wygrane, piękny park...no i na 17 wróciliśmy do Prado! hmm...nie za bardzo interesuje mnie sztuka, malarstwo, itp. (zresztą jak większość!), ale muzeum obeszliśmy, obrazy zobaczyliśmy

Zmęczeni po podróży, zwiedzaniu, spacerowaniu…i, co było dla nas dziwne, ZMARZNIĘCI wróciliśmy do hostelu!  

Drugi dzień rozpoczęliśmy od śniadanka w hotelowym barze…jak się okazało pracował tam Polak…hehe:D Bardzo sympatyczny, a przy okazji pomocny. Nie było żadnego problemu, żeby coś załatwić jeżeli nie rozumieli o co nam chodzi po angielsku lub po hiszpańsku:D A Tomek dostał nawet śniadanie po czasie, który był na to przeznaczony, więc naprawdę, oby takich Polaków więcej na świecie! 
Po śniadanku, standardowo czas na ogarnięcie się no i zwiedzanie! Znowu zaczęliśmy kulturalnie…Muzeum Reina Sofia. Muszę przyznać, że to muzeum zrobiło na mnie znacznie lepsze wrażenie. Bardziej znane osobowości ( m.in. Picasso i Dali), bardziej znane obrazy i współcześniejsze czasy. No, ale co najważniejsze…widziałam oryginalną Guerrnice Picassa! Z tego się najbardziej cieszę. Zawsze te wszystkie obrazy były dla mnie czymś papierowym, niedostępnym, czymś „w książce od języka polskiego”…teraz, po zobaczeniu ich na żywo przybrały inny kształt. Z tego, że byłam w Reinie Sofii szczerze jestem zadowolona..:D
Aaaaaaaaaaaa…ważna notka z drugiego dnia pobytu!!!! Był Śnieg!!!! Oczywiście malusieńko…ledwo przykrywał dachy samochodów, ale sprawił nam radość ( zwłaszcza Andreei i Serkanowi;p!) a ja poczułam odrobinkę polskiej zimy: zimno i śnieg…hehe:D
Po Reinie Sofi zwiedziliśmy Madryt Atocha. Stacja kolejowa, w której, na środku rosną drzewka, pływają żółwie w stawkach…i ogólnie jest taki sobie mały ogródek botaniczny. Zaznaliśmy tam prawdziwe sjesty..haha:D Ikea miała promocję mebli. Kanapy porozstawiane, można było usiąść i chwilę się zrelaksować…no to większość z nas tak uczyniła! Rozwaliliśmy się na kanapach, dostaliśmy kocyki, podnóżki i spędziliśmy tak ok. 10 min…było faaaaaaaaaajnie. A na odchodne dali nam jeszcze po parze domowych klapek…więc jak znalazł, niebieskie klapki Ikei dla gości...hehe:D opłacało się!
Kolejny przystanek: Plaza de Espana. A tam zdjęcia z Don Kichotem i Sancho Pansą:D było śmiesznie i przyjemnie bo akurat słonko zagrzewało:D chłopacy, jak to chłopacy…powspinali się na biednego konika i osiołka, porobiliśmy zdjęcia…i ruszyliśmy w dalszą podróż.
Kolejną rzeczą jaką zobaczyliśmy była egipska świątynia w jednym z madryckich parków. Niestety nie można było wejść do środka, więc obejrzeliśmy ( niewiele tego było;p) ją z zewnątrz i ruszyliśmy dalej podziwiając, przy okazji, piękny widok na Madryt, który rozciągał się z owego parku.
Poszliśmy w stronę Palacio Real, który również podziwialiśmy z zewnątrz. Robił wrażenie, przynajmniej na mnie. Duży, masywny…naprawdę królewski. Ale większą atrakcją dla mnie była katedra, którą dane nam było zobaczyć później. Zrobiła na nas tak dobre wrażenie, że stwierdziłyśmy z Domi, że to idealne miejsce na ślub:D ostało więc postanowione, że chajtamy się ( nie razem lecz z naszymi mężczyznami;p!) właśnie w tej katedrze. Ona była po prostu radosna, piękna, pełna pozytywów..idealna na ślub! Uff…jeden problem, dotyczący ślubu, z głowy…hehe!:D
W drodze na kolejny sławny plac dane nam było zobaczyć jakieś ważne wydarzenie. Hmm…tzn. podejrzewamy, że było ważne, bo zawierało wszystkie elementy „ważności”: mnóstwo policji, ogrodzony teren, wiszące flagi, konie i oficjalnie ubrani na nich panowie, orkiestra no i limuzyny, czyli jakieś ważne osobistości!;p Ale niestety nie doczekaliśmy się nikogo sławnego, więc ruszyliśmy w dalszą drogę. Kolejny punkt: Placa Mayor z pięknymi malowidłami na ścianach. Akurat odbywał się festyn świąteczny, więc poczuliśmy magię świąt..:) Następnie jedzenie w tureckim fast foodzie…ale o tym nie piszę bo to już niejaka tradycja. Tak to jest jak się żyje z Turkami, którzy na widok KAŻDEJ tureckiej restauracji mieli nieopisaną radość na twarzy. Wiem, że to może się wydawać dziwne, ale tak już jest. Oni są dumni ze wszystkiego, nawet z kebaba…hehe:D
Pełni, po ciepłym obiadku ruszyliśmy na ostatni punkt w owym dniu: kolejny plac, ale już taki bardziej znany…plac z niedźwiadkiem przy drzewie:D (symbol Madrytu:)!) oraz z punktem zerowym w Spain…czyli z punktem, którego wyliczane są długości ulic w Hiszpanii:D później weszliśmy na Gran Via- najsławniejszą ulicę w Madrycie…no i wieczorną porą, ponownie zmarznięci wróciliśmy do hostelu! Jednak nie wszyscy...Andreea i Turcy postanowili spacerować dalej. My z Domi i innymi dziewczynami zdecydowaliśmy się na powrót do hostelu…przespaliśmy się tam ok. 2 godzin…i, gdy Andreea wróciła ze spaceru z Turkami poszła na spacer z nami…hehe:D zakończyliśmy więc drugi dzień pobytu odkrywając Madryt nocą. Aaaaaaaaaaaa…spotkaliśmy się z Agatą, Mateuszem, Martą i Aśką…pospacerowaliśmy razem i spacer uwieńczyliśmy jedzonkiem w Mc’Donalds. Były lody, kawa, pącki, hamburgery…:D ehhhhhhhh….poszliśmy spać zmęczeni, ale bardzo usatysfakcjonowani i najedzeni.
Dzień trzeci rozpoczęliśmy od wizyty na stadionie Realu Madryt- Estadio Santiago Bernabeu. Zwiedzanie dość kosztowne(15 Euro), ale się opłacało, przynajmniej dla mnie:D Widzieliśmy muzeum, ze wszystkimi zdobyczami, rękawicami, butami, historią itp., siedzieliśmy na trybunach, na fotelach dla zawodników, byliśmy na murawie, widzieliśmy szatnie, łazienki, pokój prasowy…no ogólnie cały stadion!:D Baris i Serkan niemalże płakali jak już wychodziliśmy..haha:D Ehh…chłopcy. Mi się podobało, ale tak bez przesady! Mam frajdę z tego, że tam byłam, bo teraz jak będę oglądała mecz z moim braciszkiem to powiem „Ehh..a ja tam byłam..haha:D”. Stwierdziłyśmy z Domi, że większą, ale zarazem męczącą frajdą byłoby zwiedzanie stadionu z kumplami…bo oni się tak wszystkim przejmują, podziwiają, oglądają itp. Nie wiem ile zdjęć mają tureckie chłopaki z tego stadionu, ale na pewno ponad 100..:D no coż, stadion zaliczony!:D  
Kolejny przystanek (tego dnia cały dzień jeździliśmy metrem, bo punkty do zwiedzenia były dość daleko od siebie)- Plaza Castilla. Sławny z tego, że znajdują się na nim pochylone budynki, które tak zostały już skonstruowane! Robią wrażenie, ale chyba nie chciałabym pracować na samej górze w miejscu najbardziej wysuniętym..hehe:D
Dalej obejrzeliśmy Nuevos Ministerios…budynek jakiegoś ministerstwa, oczywiście, przed którym znajdował się jardin(ogród). Nic specjalnego, ale podobno istotne..hehe:)  
Przedprzedostatnim miejscem, do którego zajrzeliśmy był Plaza de Toros, na którym w sezonie, odbywają się corridy. Budynek świetnie wyglądający z zewnątrz, niestety nie było nam dane zobaczyć go wewnątrz. Oczywiście narobiliśmy mnóstwo zdjęć, zjedliśmy hiszpańskie churros( niestety zimne!;/ Gorące z cukrem są ZNACZNIE pyszniejsze!)
Jako przedostatni punkt zaliczyliśmy most, z którego widać było kolejny stadion- Estadio Vicente Calderon. Chwilkę podziwialiśmy widoki, niektórzy pobawili się z pięknym piesiem, który stał ze swoim panem…no i ruszyliśmy, do ostatniego już, punktu, którym ponownie była egipska świątynia, ale tym razem już wewnątrz.
Okazała się tak malutka, jak się wydawała…na nikim nie zrobiła oszałamiającego wrażenia, ale jak stwierdził Tomek, na wartość kulturową:D! ponownie, więc zaznaliśmy troszkę kultury, ale tym razem egipskiej w Hiszpanii. Ehhh…ale widok zachodzącego słońca z tamtego miejsca zrobił wrażenie na wszytkich! Przepiękny…zresztą jak niemalże każdy widok zachodu.:D
Pojechałyśmy z dziewczynami (Andreea, Domi, Merve i ja) do hostelu, wstępując po drodze do supermarketu Dia:) Merve wybrałą KFC, a my obkupiliśmy, się w bagietki, tortille, magdalenki i zrobiłyśmy sobie piknik w hotelowym pokoju:D. Pomysł tak nam się udał, że został podchwycony przez innych…;p Później była drzemka…no i Serkan wyciągnął nas na prawdziwy clubing w Madrycie. Na początku byłyśmy sceptyczne…udało mu się namówić mnie, ja namówiłam Andree, niektórych nie było trzeba namawiać, a Domi namówić się nie dała( z racji swojego wrodzonego, lub nabytego lenistwa oraz jak ona to mówi, z racji tego, że jest stara…hehe!), więc została w łóżku. A my łaziliśmy od klubu do klubu wciągani przez ludzi do tego przeznaczonych ( Karolina może coś więcej powiedzieć na ten temat, jeśli ktoś byłby zainteresowany:*:*:*!) i pijąc darmowe drinki, które nam oferowano…hehe (chupitos, rum, wódka z sokiem, sangria…). Clubing w Hiszpanii to naprawdę dobra sprawa…moża wejść do wielu klubów, wypić dużo…a przy tym nie tracić ani jednego euro, jak to miało miejsce w naszym przypadku..hahahaha..:D:D:D czas spędony bardzo fajnie, natańczyliśmy się, naśmialiśmy, ponownie zobaczyliśmy Madryt nocą…no i w pełni usatysfakcjonowani wróciliśmy do hostelu ok. 2.30, a niektórzy o 5…:D 
Ostatniego dnia trzeba było wstać o 7.00 rano, gdyż obiecałam Andreei, że pomogę jej z przedostaniem się na dworzec autobusowy. Serkan zmuszony był jechać z nami, gdyż powiedział, że jak pójdziemy na imprezę, on pojedzie nam pomóc..hehe:) no, to skorzystaliśmy z tego naturalnie…! Po odprawieniu Andreei ( ehhhhh…tęsknie już!:(!!!) zajechaliśmy do hostelu, zjedliśmy śniadanko, no i droga na lotnisko. Ok. 15 byliśmy w Santiago, ok. 17 w domku!
 Kolejne cudowne dni spędzone z erasmusowymi ludkami…dzięki:*:*:*

czwartek, 10 grudnia 2009

Portugal part2

No to budzimy się w naszym pięknym pomarańczowym pokoiku..:) zmęczeni, głodni, nieprzytomni...:D nie wiem ile czasu zajęło nam ogarnięcie się, ale z godzinkę...no i śniadanko:D w pięknym living roomie połączonym z kuchnią:D najedzeni do syta wyruszyliśmy w kilkugodzinną podróż do Lizbony...:)

W autokarze troszkę snu, dużo śmiechu i miło spędzony czas...no to "witaj Lizbono!" po jakiś 4 godzinach! naturalnie poszukiwania hostelu...i żeby było śmiesznie po raz drugi znalazłam się w grupie Zagubionych...hahaha:D Andreea bardzo potrzebowała łazienki i jak poszła tak zniknęła na jakieś 15 min...czekaliśmy za nią podczas, gdy reszta grupy poszła do hostelu prowadzona przez Soraye...:D ehh co za szczęściarze...my zostaliśmy z tymi samymi "przewodnikami", którzy ostatnio zgubili się w Porto...ehh..no życie! ale nie było tragedii...po kilku telefonach do Sorayi i zapytaniu przechodniów gdzie jest adres, którego potrzebujemy...dotarliśmy do miejsca przeznaczenia w 15 min. hmm...normalnie zajmowało to dosłownie 3 min..ale cóż..nie czepiajmy się szczegółów.:D 

Hostel nosił wdzięczną nazwę Hostel Kitsch..no i był to rzeczywiście kicz..hahaha...:D zastanawialiśmy się, siedząc w living roomie, który nie umywał się do poprzedniego, czy nazwa wynika z wyglądu czy wygląd z nazwy...haha...na pytanie odpowiedzi nie znaleźliśmy! po kilku minutach zaprowadzono nas do pokoju...jak poprzednio w 10 osób (2 Turków, Niemka, 2 Rumunki, 5 Polaków;p!) nasza ekipa! pokoje bez komentarza, łazienki już w ogóle...tęskniliśmy za naszym Orange room!

Chwila na odpoczynek no i w drogę...hmm...tzn spacer w poszukiwaniu knajpy na jedzenie..hahaha..:D ale o tym później, bo to długi i interesujący temat...:D no nic, spacerując, podziwiając pięknie oświetloną, na czas świąt, Lizbonę znaleźliśmy w końcu odpowiednie miejsce. Najedzeni wybraliśmy się zobaczyć przepiękną, ogromną, lizbońską choinkę! Przy okazji Sofia, erasmuska z Lizbony, opowiedziała nam, co nieco, no i ruszyliśmy zobaczyć oświetlone cudo z bliska!:D ehhhhhhhh..piękna, mieniąca się kolorami, ogromna, robiąca wrażenie...nie omieszkaliśmy zrobić około 100 zdjęć tej samej choinki:D wiedzieliśmy, że to nienormalne i, że nikomu nie będzie się chciało tego oglądać, ale co tam! bawiliśmy się świetnie...:D:D:D! była darmowa herbatka, bo Lipton miał jakąś promocje..:D była wata cukrowa, jabłka w karmelu..MNIAM!!! więc było nie tylko pięknie, miło, świątecznie, ale także słodko:D! wróciliśmy do hostelu nic konkretnego nie zwiedzając, ale zadowoleni i nastawieni na imprezkę...naturalnie;p 

Była niedziela, więc nie za bardzo orientowaliśmy się gdzie można potańczyć! no, ale wyjść- wyszliśmy. Zaliczyliśmy pub, w którym każdy wypił Ginje (wiśniówka, ale mniej słodka!) z kieliszka zrobionego z czekolady, którego następnie zjadał. Typowo portugalskie...coś w stylu polskiej bombonierki z wiśnią w środku...:D posiedzieliśmy, pościemnialiśmy...no i przyszedł czas na poszukiwanie miejsca do tańca. Padało tej nocy, więc troszkę nie uśmiechało nam się iść, ale jak trzeba to trzeba. Alberto, nasz przewodnik i opiekun zarazem, który spędził rok na Erasmusie w Lizbonie, zabrał nas do PEWNEGO miejsca przy ocenaie. Zaszliśmy, patrzymy..."Fiesta privada"...hmm...stanęliśmy pod pobliskimi kolumnami czekając, nie wiadomo na co...dzięki Bogu z Sorayą przy boku...;p po jakiś 10 min przychodzi nasza opiekunka- Soraya, ze słowami "Dobra ludzie idziemy. Zagadałam i wpuszczą nas na tą imprezę!" (ha...i niech nikt mi nie mówi, że kobiety są gorsze od mężczyzn..hehe!) pomyślałam "fajnie!!! jak impreza prywatna to pewnie jacyś młodzi ludzie, przystojni, itp" hmmm...weszliśmy w ponad 30 osób...i przeżyliśmy szok...!!! Klub dla gejów!!!!!!!! zaczęłam się śmiać, bo w życiu sie tego nie spodziewałam i...jeszcze nigdy w życiu nie byłam w takim miejscu! Wiedziałam o tym, że Lizbona to miasto gejów, gdyż zostaliśmy o tym poinformowani, ale NIGDY w życiu nie spodziewałabym się, że zabiorą nas do takiego klubu!:D:D:D ehhhh...było superowo!!!!!!!!!! muzyka troszkę ciężka, bo samo techno, ale daliśmy radę. Kurczę nie mogę powiedzieć, że czułam się zupełnie normalnie, a to z tego względu, że zżerała mnie ciekawość!!! chciałam widzieć każdy ruch tych facetów, każde spojrzenie, każdy krok...było interesująco! i, o dziwo, nie przeszkadzało mi w żaden sposób!!! impreza zaliczona do jak najbardziej udanych!!!!!!!!

no i jak tu nie kochac Erasmusa? mogę się założyć, że w Polsce nie poszłabym do takiego klubu, a tu...proszę...:) bardzo się cieszę, że zobaczyłam, co zobaczyłam i dzięki temu kolejny stereotyp upadł...:D po Erasmusie wszystkie stereotypy znikną z mojego umysłu...każdy jest jaki jest! dlatego świat jest tak interesujący!:D

Zadowoleni z imprezy wybraliśmy się w droge powrotną z Carlosem przy boku, który cały czas nam powtarzał, że Lizbona jest bardzo niebezpieczna, że mamy się trzymać razem, a jak będzie trzeba to mamy zacząć uciekać...hahahaha:D wyobraziłam sobie pijanego Carlosa stającego w naszej obronie lub uciekającego przed bandytami...hahaha!:D oczywiście nie obyło się bez śmiesznych sytuacji. Baris ( Turek z naszej paki;p!) wracał razem z nami! znał drogę do domu...w pewnym momencie zaczymaliśmy się przy pomniku ( siedzący na ławeczce pisarz) spotykając innych zainteresowanych. Carlos nie omieszkał zapytać jak dostać się do centrum, gdyż według niego nie znaliśmy drogi...:D sytacja osiągnęła punkt kulminacyjny kiedy Carlos poczuł jak Andreea, po raz 5!!!!!, chwyta go za ramię mówiąc "Carlos! znamy drogę", a on z mega zdziwieniem stwierdził "Joder, Puta..jak to znamy drogę? naprawdę?????" no, my z Andreea, myślałyśmy, że położymy się ze śmiechu....hahaha..:D:D:D no nic, poszliśmy przed siebie, prowadzeni przez Barisa...w 15 min dotarliśmy do hostelu w świetnych, dzięki Carlosowi, humorach!:D dzień drugi zakończony...to były najlepsze Mikołajki w moim życiu:D!!!!:D

Dzień 3...pobudka, toaleta, śniadanko z gorącymi bułeczkami w roli głównej...MNIAM!!!!!:D najedzeni do syta, o dziwo, wybraliśmy się na zwiedzanie! Zamek, punkt widokowy, czas na jedzenie (OCZYWIŚCIE!!!:D!) no i ostatni punkt programu Belem. Pogoda była przecudowna!!! słońce, gorąco, bezwietrznie ehh..polska, piękna wiosna! na zamek trzeba było troszkę iść, więc na górze znaleźliśmy się lekko zmachani..;p ale widoki na całą Lizbonę wynagrodziły nam zmęczenie!!! ehhhhh...piękny zamek, piękna pogoda, piękne słoneczko, piękne widoki, świetna atmosfera..czego nam więcej do szczęścia było potrzeba? niczego, dlatego spędzaliśmy ten czas z uśmiechami na twarzy, wzdychając do słońca i naturalnie robiąc kilkaset ( nie przesadzam!) zdjęć..;p po zejściu z zamku czas na punkt widokowy i katedrę. Po zaliczeniu powyższych punktów czas wolny...z racji tego, że głodne nie byłyśmy ( no z wyjątkiem Merve) wybrałyśmy się do Mc'Donaldsa na przepyszne lody, a Merve na jedzonko! Po drodze, nie omieszkałyśmy naturalnie, wstąpić do kilku sklepów w celu zakupienia pamiątek!:) więc z siatkami w dłoni, po zjedzeniu przepyszastych lodów wstąpiłyśmy do hostelu ( z racji tego, że był blisko najważniejszych miejsc, co niewątpliwie jedna, z jego niewielu zalet;p!), zostawiłyśmy bluzy, zakupy, parasole (w końcu nie były nam potrzebne..jupi!!!!!) i ruszyłyśmy do meeting pointu przy Łuku Triumfalnym!

Spóźnione (ale tylko 4 min), zziajane, bo biegłyśmy...aaaaaa towarzyszył nam Włoch, więc biegliśmy;p żeby się nie spóźnić( co się nie udało..;p!) zastaliśmy naszą grupę w komplecie..naturalnie z wyjątkiem opiekunów, którzy byli NA OBIEDZIE!:D no cóż przyszli po jakiś 10 min( co razem dało 15 min spóźnienia!) i naturalnie, bez żadnego przepraszam, niczego policzyli czy jesteśmy wszyscy no i w drogę do Belem! (http://pl.wikipedia.org/wiki/Belém_(dzielnica_Lizbony)  !) najpierw na pieszo na stację kolejową, no i póżniej pociągiem do celu przeznaczenia...całe 7 min drogi!:D już na początku wrażenie było imponujące (gdyby tylko nie to, że ledwo mogłyśmy chodzić w nowych butach) wszystko byłoby perfekcyjne. Postękałyśmy, bo trzeba było odbyć dłuuuuuugą drogę piechotą no, ale dałyśmy radę. Alberto przedstwił nam bliżej zameczek, pomnik no i najważniejsze...czyli Monasterio!:D! zakończyliśmy wycieczke do Belem odwiedzając sławną Pastelerie czyli cukiernię z ciasteczkami! mniam, mniam, mniam...naprawdę pychotka! wróciłyśmy do hostelu ledwo chodząc z postanowieniem, że imprezę odpuszczamy, gdyż nasze stopy ledwo żyły. No...ale nie omieszkałyśmy wyskoczyć do najbliższego pubu, kupić Ginje i skosztować jej w łóżkach z mandarynkami, pomarańczkiem i słodyczami!:D Baris i Merve już spali, reszta gdzieś tam imprezowała, a my ( Andreea, Alina- Rumunka, żeby nie było wątpliwości i ja) zakończyłyśmy kolejny udany dzień ok 1 w nocy...:D

We wtorek 8.12, ostatniego dnia rano zostaliśmy wyrwani ze snu przez Soraye i Jose:D Soraya przedstawiała plan po hiszpańsku, Jose po angielsku...narobili dużo hałasu, ale dzięki nim dzień zaczął się pozytywnie!:D! zanim podniesliśmy się z łóżek i ogarnęliśmy minęło troszkę czasu...ale w hiszpańskim stylu postanowiliśmy tranquilo...nie śpieszyć się. tym razem śniadanie bez ciepłych bułek, co, spójrzmy prawdzie w oczy, zawiodło nas wszystkich bardzo mocno...;p kolejnym zdziwieniem było to, że Soraya nas poganiała ( i do tego przy POSIŁKU!) no, ale trzeba było jechać. Oczywiście..z lekkim, 40 minutowym:D, spóźnieniem wyruszyliśmy w drogę powrotną zaliczając jeszcze po drodzę Coimbre! Byliśmy PEWNI, że jedziemy tam coś zwiedzić ( nastawiłam się zwłaszcza, że Alba powiedziała mi, że Coimbra jest śliczna!) no to wsiadamy do autobusu i po chwili odzywa się Jose, który krzyczał do tego głupiego mikrofonu, i na dodatek miał bardzo charakterystyczny, denerwujący śmiech, więc można sobie wyobrazić naszą reakcje!:D! Pewni, że usłyszymy plan zwiedzania usłyszeliśmy, magiczne dla Hiszpanów słowa " Hola! Que tal? jedziemy teraz do Coimbry i tam mamy 1,5 godz czasu...na JEDZENIE!!!!!!!" no my myśleliśmy, że padniemy ze śmiechu, irytacji, itp...nie mogliśmy sobie tego wyobrazić, jak oni, po mega obfitym śniadaniu mogą w ogóle myśleć o kolejnym jedzeniu!!!! no to, po skomentowaniu sytuacji doszliśmy do wniosku, że trzeba coś zobaczyć! Wybraliśmy się z Barisem, Merve, Andreea, Alina na spacer nie wiadomo dokąd!:D no, ale zahaczyliśmy o sklepy z pamiątkami i w końcu trafiliśmy do najistotniejszego miejsca w Coimbrze...Uniwersytyet, jeden z najstarszych w Europie!( http://pl.wikipedia.org/wiki/Uniwersytet_w_Coimbrze ) huhuhuhu...robił wrażenie! z placu przed uniwersytetem rozciągał się widok na Coimbre, więc zaliczyliśmy udane mini zwiedzanie..:D naturalnie zrobiliśmy, nie wiem ile, zdjęć..hehe..:D w drodze powrotnej do autokaru weszliśmy do cukierni na ciacho no i przygoda z Portugalia została zakończona słodkim akcentem...:D:D:D:D!!!!!!

12 godz później przywitała nas stęskniona A Coruna.:D

Ehhh..no to teraz troche różnic kulturowych. Po pierwsze spóźnialstwo. No oni są niesamowici...nie wiem czy w ogóle istnieje tu takie słowo..hehe...:D dla nich 15 min spóźnienia, to przecież "Nic się nie stało!" i tak jak pisałam, żadnego przepraszam, coś nas zatrzymało itp. Nie! oni przychodzą i po prostu są...:D swoją drogą dla mnie idealnie, bo ja przeważnie jestem spóźniona..hehe..:D:D:D

Po drugie...w sumie nie muszą mówić, co ich zatrzymuje....zawsze to samo: JEDZENIE!!!! dla Hiszpanów to chyba jedna z najważniejszych słow! oni jedzą 5 razy dziennie...i to nie, że coś tam na szybko, albo coś...to są duże, normalne posiłki! na jedzenie oni mają czas ZAWSZE!!! zresztą ja widze po moich kochanych współlokatorach...oni śniadanko na tacy, w salonie, spokojnie..nie potrafię sobie wyobrazić, że jedzą w biegu (jak mi się to czasami zdarza;p!) no, ale na wycieczce oni potrzebowali MINIMUM 2,5 godz na posiłek. Śmialiśmy się, że są rzeczy ważne (zwiedzanie) i ważniejsze (jedzenie)! kurcze oni po śniadaniu ( na słodko! bo tu tak jest) myśleli już o obiedzie mega wypasionym. Dla nich posiłek to coś świętego, coś co trzeba celebrować i poświęcić temu wiele czasu! Dla nas ,był to jeden z największych, szoków jakie przeżyliśmy. Bez 2.5 godz na posiłek, plan dnia, w ogóle, nie miał prawa bytu...hahahaha...:D:D:D na początku byliśmy wkurzenii, zirytowani, itp., ale teraz mamy z tego niezły ubaw..haha! jeśli jesteś z Hiszpanem i potrzebujesz na coś czasu powiedz, że chcesz jeść...masz spokojnie 2,5 godz do dyspozycji..hahahaha...:D:D:D

no a co jedliśmy? w Porto coś typowego, "francesinha" to sie nazywało, buła z różnymi rodzajami mięsa w pikantnym sosie. Jak dla mnie ok, szału nie zrobiło, ale dobre!:) inni mieli podobne odczucia..:) hahaha...dziewczyny zamówiły zupę..tzn coś co miało być zupą...:D:D:D było gęste, nie za dobrze wyglądające i nie za smaczne...odstawiły na bok i sam szef przyszedł zapytać "co jest nie tak?" po uszłyszeniu odpowiedzi, że nie tego sie spodziewały zupa została zabrana, a ich rachunek zmniejszył się o jej koszt, gdyż, skoro nie smakowała, nie trzeba za nią płacić...:D:D:D czadowo...szkoda, że w Polsce tak nie ma..;/

No, ale za to w Lizbonie wyczailiśmy ( z pomocą erasmusek z Lizbony:)!)  mega przepyszne jedzonko!!!!!! Bacalhau (ryba- dorsz, ziemniaczki w jakimś tam sosie czy śmietanie!!!!) no przepycha!!!!!!!!!!!!!! do tego ryż lub frytki, sałata i napój! wuhta, ale naprawde wuhta mega smacznego jedzonka za 5 euro! restaurację "Pateo" znaleźliśmy w centrum handlowym w centrum Lizbony. MNIAM!!!!! aaaa...do tego wszamaliśmy po kawałku ciacha, ale to już było za dużo...;p posiłek zajął nam..ok 2.5 godz..hahaha...:D czyżbyśmy stawali się Hiszpanami?;p

no i tak właśnie prezentuje się nasza erasmusowa wyprawa do Portugalii! naturalnie, tego co tam przeżyliśmy, tego świetnie spędzonego czasu nie da się ubrać w żadne odpowiednie słowa! mam jednak nadzieję, że usatysfakcjonowałam niektóre osoby!

teraz czas na Madryt, a to już w niedzielę!:D dziś test z hiszpańskiego...czyli ostatni dzień kursu...i witaj LABO...do 10.01.2010..hahahaha...HIGH LIFE:D!!!!

Buziaki dla ciotki, wiernej czytelniczki!:* mamy i babć, które wciąż zastanawiają się czy mam co jeść...no i wszystkich, którzy mieli cierpliwość czytać..:)

Następna relacja po Madrycie..chyba...a teraz idę spać...jest 4.00..;p naturalnie przy dźwiękach...nie, nie...nie gitary Juana...przy dźwiękach "Hotelu California".:D

środa, 9 grudnia 2009

Juan i jego magiczna gitara and Portugal part 1.

  Ehh…jest 2.32 w nocy. Właśnie położyłam się do mojego cudownego łóżeczka no i przy dźwiękach „Hotelu California”, w wykonaniu Marc’a Anthony’ego, postanowiłam coś stworzyć.
  Wczoraj ok 22 wróciłam z erasmusowej wycieczki do Portugalii...no, ale zacznijmy od początku.
  W piątek, po kursie hiszpańskiego, poszliśmy do mieszkania Asi i Marty. Jednak tym razem impreza była pod tytułem „Juan’s Party”, a nie, jak zwykle, „ Asia’s Flat”. Zdziwiliśmy się bardzo, że Juan zaprosił nas do siebie. A nasz zdziwienie było jeszcze większe, gdy okazało się, że dziewczyny (jego współlokatorki Asia i Marty) nic nie wiedzą o imprezie z, jakby nie było, ICH znajomymi...hahaha! sytuacja śmieszna, ale skończyło się dobrze! No to zaszliśmy na godz. 24 oczekiwani przez wszystkich..;p i zaczęło się. Sangria, rozmowy, szachy, zdjęcia, sztuczki no i co najważniejsze Juan z gitarą!!! Ehh…naprawdę chciałabym wyrazić to jak PRZECUDOWNIE, NIESAMOWICIE i MAGICZNIE Juan gra na gitarze, ale nie da się zrobić tego słowami. To jest magia!!!!! Siedzimy zawsze wgapione w niego jak w obrazek…kurcze no tego nie da się opisać, więc można mi tylko zazdrościć, że mam to szczęście. Uwielbiam te momenty: ludzie, którzy są mi tu najbliżsi, Sangria, noc i dźwięki gitary. Uśmiecham się teraz myśląc o tym…ehhhh…dlatego m.in. kocham Erasmus! Ja zakończyłam imprezę ok. 4 nad ranem, niektórzy ok. 6.30…czyli o godzinie, o której trzeba było wstać na wycieczkę...haha:D aaaaaaaaa…tu ważne p.s. do mojego kryterium wyboru mężczyzny życia dorzuciłam kolejną cechę: umiejętność gry na gitarze, ale nie taka tam zwykła! Umiejętność grania tak jak Juan...hehe:)
  No to spotkaliśmy się o godz 8.00 na Placa Pontevedra, na przystanku autobusowym, w celu zdobycia Portugalii…:D po kilku godzinach jazdy znaleźliśmy się w pierwszym miejscu- Porto. Padało, wiało, a my mieliśmy nadzieję, że to tylko chwilowe( jak się później okazało nadzieję złudną..;/!) no cóż…czas na poszukiwania hotelu. Nasza grupa, pod przewodnictwem 3 opiekunów wyruszyła w drogę. Oczywiście się zgubiliśmy…hahaha! BOYS…mieli mapę, a jak się później okazało, dokładne instrukcje gdzie iść, gdzie skręcić, ale oczywiście zabłądzili! W końcu, po ponad godzinie chodzenia i stania na zmiane, dotarliśmy do hostelu, który z zewnątrz wyglądał okropnie. Dlatego bardzo pozytywnie zaskoczyło nas to jak wyglądał w środku! Zadbany, piękne pokoje ( my mieszkaliśmy w Orange), świetny salon z TV, DVD i małą filmoteką…no wszystko sprawiło, że czuliśmy się naprawdę świetnie!
  Po krótkim odpoczynku przyszedł czas na zwiedzanie. Naturalnie…w deszczu..;/ byliśmy załamani…lało, wiało, nie wiem ile parasoli tego nie wytrzymało, byliśmy mokrzy zmęczeni, źli…co w końcu doprowadziło do tego, że śmiałyśmy( Andreea, Alina, Merve i ja) się z byle czego..:D:D:D same nie wiedziałyśmy co nas tak śmieszy, ale potem stwierdziłyśmy, że lepsze to, niż wieczne narzekanie i marudzenie. Zostałyśmy więc przy nieopanowanych napadach śmiechu z byle czego…:D W Porto towarzyszyła nam dziewczyna, która była naszą przewodniczką. Pięknie zwiedziliśmy najważniejsze miejsca: katedra, kościoły, wieże, piękna księgarnia no i kawiarnia, w której Joanne K. Rowling pisała Harrego Pottera…:D po zaliczeniu zwiedzania wybrałyśmy się na zakupy. Troszkę przymusowe, musiałyśmy sobie kupić buty z racji tego, że te, które miałyśmy na sobie były doszczętnie zmoczone, a troszkę „chciane”. No bo w końcu 4 kobiety, więc zakupy to świetny pomysł…;p zwłaszcza, że zakończyłyśmy je z 4 parami butów (dla każdej jedna para:D!), szalikami…i jakimiś tam drobiazgami!:) wróciłyśmy do hotelu doszczętnie zmoczone…;/
No, ale wieczorem party! Oczywiście, w hiszpańskim stylu, tzn. łażenie po ulicach w celu poszukiwania odpowiedniego klubu, w deszczu, nigdzie się nie śpiesząc…;p w pierwszym pubie wypiliśmy drinki, my z Andreea „Tango”( piwo z sokiem), w drugim nie było dla nas miejsca, 3 komuś tam nie odpowiadał, no i w końcu znaleźliśmy się w 4 klubie pod nazwą „Pitsch”. Potańczyliśmy, pośmialiśmy się…jak to na imprezie! Było fajowsko!!!! Skończyliśmy ok. 3 nad ranem! Hmm…a może 4?…nie pamiętam…;p ale impreza zaliczona do udanych!  
  No..na dziś koniec relacji! Jutro Lizbona…:D jest 3:11…idę spać! Przy dźwiękach „Hotelu California: naturalnie..hehe:)

środa, 2 grudnia 2009

w galicyjsko-hiszpańskich klimatach...

hmmm...siedze sobie właśnie z moim najwyższym Hiszpanem w pokoju, oboje z komputerami na kolanach, ogłądamy (hmm...tzn on ogląda z racji tego, że jest jednym z 3, z którymi mieszkam, fanów tegoż sportu) sobie koszykówkę ucinając, od czasu do czasu krótka pogawędke.:D ehh...dziś TYPOWO galicyjska pogoda, więc postanowiłam coś stworzyć..:)

Po pierwsze: skończyłam dziś pisać moją głupią prace na temat feminizmu. Naturalnie miałam na to miesiąc, ale, jak to zwykle w miom przypadku bywa, zabrałam się z 3 dni temu..no, ale JEST!!!!:D kurcze musiałam ten tekst chyba z 7 razy przeczytać zanim stworzyłam notatki po polsku i hiszpańsku( z racji tego, że lasencje potrzebowały w dwóch językach) no i do tego podsumowanie;/ matko jak sie cieszę, że juz mam to zrobione! jutro idziemy "rozmawiać" z panią profesor (tzn. z Aną, gdyż tu, jeśli nauczyciel Ci na to pozwoli, a ona pozwala, możesz zwracać się do niego jak do kolegi. bez względu na wiek:D!) o feminiźmie. Nie wyobrażam sobie tej "rozmowy". hahaha..myslę, że będzie śmiesznie!:D Już stworzyłyśmy pięknego maila, że chciałybyśmy przyjść jutro, że mamy podsumowania, ale, że nasz hiszpański nie jest za dobry..hehe:D trzeba ją przygotować..;p

Po drugie: dziś typowo galicyjski dzień;/ i wcale mi sie to nie podoba! i tęsknie teraz za śniegiem itp. Dziś cały dzień pada, a chwilami leje!!!!;/ jest szaro, buro i ponuro..;/ zapytałam dziś Javiera czy taka pogoda to przez cały grudzień będzie? na co otrzymałam odpowiedź, że to całkiem możliwe...nieeeeeeeee..ja tego nie przeżyje!;/ ja chcę słońce, ciepło, a w najgorszym wypadku śnieg! ale nie deszcz...ehh...sama sobie zgotowałam ten los..;p

No cóż...po trzecie...dziś po raz kolejny przekonałam sie o tym, że mieszkam z cudownie przecudownymi hiszpańskimi ludkami:) z Davidem gada mi się cudownie...i śmiesznie..:D on jest kochany...zawsze jest mnóstwo śmiechu, żartów...i cierpiwy...potrafi mi to samo zdanie powiedzieć na trzy różne sposoby, żebym tylko zrozumiała:D  Javier i Alba to takie moje anioły...zawsze mogę na nich liczyć!!!!zawsze...dziś lało, zabrali mnie autem na uczelnię i oczywiście nie było Javierowi po drodze, ale podwiózł mnie pod same drzwi. Jak tylko coś potrzebuję, jak mam sto pytań do, itp. oni zawsze są chętni do pomocy:D no i mój trzeci Hiszpan Luiz...jest w domeczku z 2, 3 dni w tygodniu i jest troszke taki nieśmiały, ale wiadomo gada sie miło i przyjemnie!:D ehhh...mam mega wielkie szczęście do ludzi w Hiszpanii..:D

No, i do tego, wszyscy mieszkamy w naszym kochanym mieszkanku! kurcze to już 2 miesiące, a ja wciąż nie mogę się nim nacieszyć! jak słyszę jak wszyscy narzekają, że u nich w mieszkanich zimno itp...ja myśle o swoim...cieplutkim, przytulnym mieszkanku!:D Fakt, że nowe to ono nie jest, wypasione też nie, aleeeeeee..jest najlepsze pod słońcem ( nawet z wuchtą, niepomytych od tygodnia, garów!!:) Domi..nie wiem jak Ci dziekować..hehe:):*:*:*:*

No a teraz troszkę o różnicach kulturowych. Pierwszą juz przedstawiłam. Zwracanie sie do nauczycieli po imieniu. To wciąż dla mnie szok. A jak pierwszy raz usłyszałam, jak dziewczyna mówi do 50 letniej pani profesor " ANA możemy otworzyć drzwi, bo tu gorąco" to do teraz nie mogę w to uwierzyć! Oczywiście są "normalni" profesorowie, do których zwraca się "per Pan", ale domyślam się, że to tu rzakość..:D;p Nie wyobrażam sobie tego w Polsce! Tu profesor jest Twoim znajomym, a nie kimś z 3 tytułami przed nazwiskiem, które trzeba wymieniać. Ehh....

Druga różnica...ucięłam sobie dziś pogawędke z Albą i dowiedziałam się, że branie ślubu w wieku 24 lat to bardzo wcześnie!!!!:D:D:D ona ma 26 i nawet o tym nie myśli. Powiedziała, że jej koleżanka wychodzić za mąż w przyszłym roku ( 27 lat) i wszyscy się dziwią dlaczego tak wcześnie?????:D tutaj facet, który ma 30 lat i jest bez kobiety, ani myśli o założeniu rodziny jest całkiem normalny!:D tutaj mając 35 jest się młodym! Alba powiedziała, że mając 30 lat dopiero zaczyna sie myśleć o małżeństwie, dzieciach, rodzinie...hmm...no w Polsce tak nie jest...;p i tak w sumie, w tej kwestii, nie mam konkretnego zdania! bo z jednej strony, mają długą młodość..no ale z drugiej...to tak fajnie mieć rodzinę itp..:)

Po trzecie...wczoraj pobiłam swój rekord wychodzenia z domeczku na zajęcia:D na uczelnie mam jakieś pół godziny, zajecia zaczynały się o 13 a ja o 12.30 byłam jeszcze w piżamie..:D hiszpańskie "bezstresowe" podejście do życia BARDZO mi się udziela! no więc wyszłam z domku o 12.45, na zajęciach byłam z 20 po 13:00, ale oczywiście nie sprawiło to żadnego problemu!:D Podobnie dziś: zaszłam na zajęcia, było z 6 osób, profesor zapytał co chcemy robić, na co ktoś rzucił, że "nooooooooo w sumie to możemy iść do domu" na co on "więc..idźcie!" hahaha...oczywiście bez żadnego, najmniejszego przejęcia czy zawahania!:D:D:D ehhh...TO JEST ŻYCIE!!!!!:D:D:D 

No to kończe mój dzisiejszy wywód pozytywnym akcentem! ooooooooooooooooo...dziś środa więc serial leci..:D no to obejrze z jedzącym kolację Javierem i rozwalonym na fotelu ,z nogami w butach na stole :D, Davidem...UWIELBIAM HISZPAŃSKIE ŻYCIE!!!!!!!!! a póżniej pójdę się troszeczkę pouczyć..:) żeby nie było..;p;p;p