Ehh…jest 2.32 w nocy. Właśnie położyłam się do mojego cudownego łóżeczka no i przy dźwiękach „Hotelu California”, w wykonaniu Marc’a Anthony’ego, postanowiłam coś stworzyć.
Wczoraj ok 22 wróciłam z erasmusowej wycieczki do Portugalii...no, ale zacznijmy od początku.
W piątek, po kursie hiszpańskiego, poszliśmy do mieszkania Asi i Marty. Jednak tym razem impreza była pod tytułem „Juan’s Party”, a nie, jak zwykle, „ Asia’s Flat”. Zdziwiliśmy się bardzo, że Juan zaprosił nas do siebie. A nasz zdziwienie było jeszcze większe, gdy okazało się, że dziewczyny (jego współlokatorki Asia i Marty) nic nie wiedzą o imprezie z, jakby nie było, ICH znajomymi...hahaha! sytuacja śmieszna, ale skończyło się dobrze! No to zaszliśmy na godz. 24 oczekiwani przez wszystkich..;p i zaczęło się. Sangria, rozmowy, szachy, zdjęcia, sztuczki no i co najważniejsze Juan z gitarą!!! Ehh…naprawdę chciałabym wyrazić to jak PRZECUDOWNIE, NIESAMOWICIE i MAGICZNIE Juan gra na gitarze, ale nie da się zrobić tego słowami. To jest magia!!!!! Siedzimy zawsze wgapione w niego jak w obrazek…kurcze no tego nie da się opisać, więc można mi tylko zazdrościć, że mam to szczęście. Uwielbiam te momenty: ludzie, którzy są mi tu najbliżsi, Sangria, noc i dźwięki gitary. Uśmiecham się teraz myśląc o tym…ehhhh…dlatego m.in. kocham Erasmus! Ja zakończyłam imprezę ok. 4 nad ranem, niektórzy ok. 6.30…czyli o godzinie, o której trzeba było wstać na wycieczkę...haha:D aaaaaaaaa…tu ważne p.s. do mojego kryterium wyboru mężczyzny życia dorzuciłam kolejną cechę: umiejętność gry na gitarze, ale nie taka tam zwykła! Umiejętność grania tak jak Juan...hehe:)
No to spotkaliśmy się o godz 8.00 na Placa Pontevedra, na przystanku autobusowym, w celu zdobycia Portugalii…:D po kilku godzinach jazdy znaleźliśmy się w pierwszym miejscu- Porto. Padało, wiało, a my mieliśmy nadzieję, że to tylko chwilowe( jak się później okazało nadzieję złudną..;/!) no cóż…czas na poszukiwania hotelu. Nasza grupa, pod przewodnictwem 3 opiekunów wyruszyła w drogę. Oczywiście się zgubiliśmy…hahaha! BOYS…mieli mapę, a jak się później okazało, dokładne instrukcje gdzie iść, gdzie skręcić, ale oczywiście zabłądzili! W końcu, po ponad godzinie chodzenia i stania na zmiane, dotarliśmy do hostelu, który z zewnątrz wyglądał okropnie. Dlatego bardzo pozytywnie zaskoczyło nas to jak wyglądał w środku! Zadbany, piękne pokoje ( my mieszkaliśmy w Orange), świetny salon z TV, DVD i małą filmoteką…no wszystko sprawiło, że czuliśmy się naprawdę świetnie!
Po krótkim odpoczynku przyszedł czas na zwiedzanie. Naturalnie…w deszczu..;/ byliśmy załamani…lało, wiało, nie wiem ile parasoli tego nie wytrzymało, byliśmy mokrzy zmęczeni, źli…co w końcu doprowadziło do tego, że śmiałyśmy( Andreea, Alina, Merve i ja) się z byle czego..:D:D:D same nie wiedziałyśmy co nas tak śmieszy, ale potem stwierdziłyśmy, że lepsze to, niż wieczne narzekanie i marudzenie. Zostałyśmy więc przy nieopanowanych napadach śmiechu z byle czego…:D W Porto towarzyszyła nam dziewczyna, która była naszą przewodniczką. Pięknie zwiedziliśmy najważniejsze miejsca: katedra, kościoły, wieże, piękna księgarnia no i kawiarnia, w której Joanne K. Rowling pisała Harrego Pottera…:D po zaliczeniu zwiedzania wybrałyśmy się na zakupy. Troszkę przymusowe, musiałyśmy sobie kupić buty z racji tego, że te, które miałyśmy na sobie były doszczętnie zmoczone, a troszkę „chciane”. No bo w końcu 4 kobiety, więc zakupy to świetny pomysł…;p zwłaszcza, że zakończyłyśmy je z 4 parami butów (dla każdej jedna para:D!), szalikami…i jakimiś tam drobiazgami!:) wróciłyśmy do hotelu doszczętnie zmoczone…;/
No, ale wieczorem party! Oczywiście, w hiszpańskim stylu, tzn. łażenie po ulicach w celu poszukiwania odpowiedniego klubu, w deszczu, nigdzie się nie śpiesząc…;p w pierwszym pubie wypiliśmy drinki, my z Andreea „Tango”( piwo z sokiem), w drugim nie było dla nas miejsca, 3 komuś tam nie odpowiadał, no i w końcu znaleźliśmy się w 4 klubie pod nazwą „Pitsch”. Potańczyliśmy, pośmialiśmy się…jak to na imprezie! Było fajowsko!!!! Skończyliśmy ok. 3 nad ranem! Hmm…a może 4?…nie pamiętam…;p ale impreza zaliczona do udanych!
No..na dziś koniec relacji! Jutro Lizbona…:D jest 3:11…idę spać! Przy dźwiękach „Hotelu California: naturalnie..hehe:)
środa, 9 grudnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz