No to przyszedł czas na relacje z ostatniej, większej erasmusowej wyprawy w tym roku! przedstawiam...Madryt...:D
Zaczęło się w niedzielę (13.12.2009r). Na przystanku autobusowym spotkałam się z Domi i Charlotte, gdyż, z racji naszego lenistwa nie chciało nam się iść spacerkiem:D dotarliśmy pod NH Atlántico Hotel, stamtąd odjeżdżał bus prosto na lotnisko w Santiago (6,9 Euro;/!) po jakiś 45 minutch wysiedliśmy na miejscu...odprawa itp. , no i znaleźliśmy się w samolocie (Ryanair naturalnie;p) aaaa..nie obyło się bez delikatnej nerwówki, gdyż...Andreea miała literówkę w imieniu, ja miałam złą datę ważności paszportu, a Turcy jakiś tam zły numer czegoś...aaaa...no i mój bagaż, z laptopem Andreei, która z Madrytu jechała do domu, nie mieścił się w wymiarach! no, ale jak się okazało wszystko poszło ładnie i składnie! do samolotu weszliśmy całą 11 : Dominika, Andreea, Charlotte, Merve, Baris, Serkan, Karolina, Maja, Beata, Tomek no i ja..:D
niecała godzinka i bezpiecznie wylądowlaiśmy w Madrycie. Pierwsze zaskoczenie...jadę sobie po taśmie, rozmawiam przez telefon i nagle słysze "Hola Ania!". Mega zdziwiona patrze...a to usmiechnięty Javier( mój współlokator!) wiedziałam, że był w Madrycie, ale byłam pewna, że jedzie w sobotę i w sobotę wraca...a tu niespodzianka!:D
Dotarliśmy do naszego hostelu ( Cat's Hostel) bez większych problemów. Poszliśmy na metro, odpowiednią linia no i później nasz przewodnik Charlotte doprowadziła nas do hostelu! szału nie było! jak dla mnie...bo z innymi było nieco gorzej! np.Andreea ze swoją klaustrofobią nie mogła spać na dolnym łóżku, więc trzeba było zrobić zamianę. No, ale w końcu, jakoś tam się zorganizowaliśmy! chwila odpoczynku...i zwiedzanie!
Zaczęło się od zjedzenia czegoś (Burger King bo tani...hehe...;p!) no i ruszyliśmy w stronę Muzeum Prado. Okazało się, że dopiero od 17 jest za free, więc pospacerowaliśmy troszkę po Madrycie: Tomek (nasz przewodnik:)!) pokazał nam piękny budynek poczty, plac na którym Real świętuje swoje wygrane, piękny park...no i na 17 wróciliśmy do Prado! hmm...nie za bardzo interesuje mnie sztuka, malarstwo, itp. (zresztą jak większość!), ale muzeum obeszliśmy, obrazy zobaczyliśmy
Zmęczeni po podróży, zwiedzaniu, spacerowaniu…i, co było dla nas dziwne, ZMARZNIĘCI wróciliśmy do hostelu!
Drugi dzień rozpoczęliśmy od śniadanka w hotelowym barze…jak się okazało pracował tam Polak…hehe:D Bardzo sympatyczny, a przy okazji pomocny. Nie było żadnego problemu, żeby coś załatwić jeżeli nie rozumieli o co nam chodzi po angielsku lub po hiszpańsku:D A Tomek dostał nawet śniadanie po czasie, który był na to przeznaczony, więc naprawdę, oby takich Polaków więcej na świecie!
Po śniadanku, standardowo czas na ogarnięcie się no i zwiedzanie! Znowu zaczęliśmy kulturalnie…Muzeum Reina Sofia. Muszę przyznać, że to muzeum zrobiło na mnie znacznie lepsze wrażenie. Bardziej znane osobowości ( m.in. Picasso i Dali), bardziej znane obrazy i współcześniejsze czasy. No, ale co najważniejsze…widziałam oryginalną Guerrnice Picassa! Z tego się najbardziej cieszę. Zawsze te wszystkie obrazy były dla mnie czymś papierowym, niedostępnym, czymś „w książce od języka polskiego”…teraz, po zobaczeniu ich na żywo przybrały inny kształt. Z tego, że byłam w Reinie Sofii szczerze jestem zadowolona..:D
Aaaaaaaaaaaa…ważna notka z drugiego dnia pobytu!!!! Był Śnieg!!!! Oczywiście malusieńko…ledwo przykrywał dachy samochodów, ale sprawił nam radość ( zwłaszcza Andreei i Serkanowi;p!) a ja poczułam odrobinkę polskiej zimy: zimno i śnieg…hehe:D
Po Reinie Sofi zwiedziliśmy Madryt Atocha. Stacja kolejowa, w której, na środku rosną drzewka, pływają żółwie w stawkach…i ogólnie jest taki sobie mały ogródek botaniczny. Zaznaliśmy tam prawdziwe sjesty..haha:D Ikea miała promocję mebli. Kanapy porozstawiane, można było usiąść i chwilę się zrelaksować…no to większość z nas tak uczyniła! Rozwaliliśmy się na kanapach, dostaliśmy kocyki, podnóżki i spędziliśmy tak ok. 10 min…było faaaaaaaaaajnie. A na odchodne dali nam jeszcze po parze domowych klapek…więc jak znalazł, niebieskie klapki Ikei dla gości...hehe:D opłacało się!
Kolejny przystanek: Plaza de Espana. A tam zdjęcia z Don Kichotem i Sancho Pansą:D było śmiesznie i przyjemnie bo akurat słonko zagrzewało:D chłopacy, jak to chłopacy…powspinali się na biednego konika i osiołka, porobiliśmy zdjęcia…i ruszyliśmy w dalszą podróż.
Kolejną rzeczą jaką zobaczyliśmy była egipska świątynia w jednym z madryckich parków. Niestety nie można było wejść do środka, więc obejrzeliśmy ( niewiele tego było;p) ją z zewnątrz i ruszyliśmy dalej podziwiając, przy okazji, piękny widok na Madryt, który rozciągał się z owego parku.
Poszliśmy w stronę Palacio Real, który również podziwialiśmy z zewnątrz. Robił wrażenie, przynajmniej na mnie. Duży, masywny…naprawdę królewski. Ale większą atrakcją dla mnie była katedra, którą dane nam było zobaczyć później. Zrobiła na nas tak dobre wrażenie, że stwierdziłyśmy z Domi, że to idealne miejsce na ślub:D ostało więc postanowione, że chajtamy się ( nie razem lecz z naszymi mężczyznami;p!) właśnie w tej katedrze. Ona była po prostu radosna, piękna, pełna pozytywów..idealna na ślub! Uff…jeden problem, dotyczący ślubu, z głowy…hehe!:D
W drodze na kolejny sławny plac dane nam było zobaczyć jakieś ważne wydarzenie. Hmm…tzn. podejrzewamy, że było ważne, bo zawierało wszystkie elementy „ważności”: mnóstwo policji, ogrodzony teren, wiszące flagi, konie i oficjalnie ubrani na nich panowie, orkiestra no i limuzyny, czyli jakieś ważne osobistości!;p Ale niestety nie doczekaliśmy się nikogo sławnego, więc ruszyliśmy w dalszą drogę. Kolejny punkt: Placa Mayor z pięknymi malowidłami na ścianach. Akurat odbywał się festyn świąteczny, więc poczuliśmy magię świąt..:) Następnie jedzenie w tureckim fast foodzie…ale o tym nie piszę bo to już niejaka tradycja. Tak to jest jak się żyje z Turkami, którzy na widok KAŻDEJ tureckiej restauracji mieli nieopisaną radość na twarzy. Wiem, że to może się wydawać dziwne, ale tak już jest. Oni są dumni ze wszystkiego, nawet z kebaba…hehe:D
Pełni, po ciepłym obiadku ruszyliśmy na ostatni punkt w owym dniu: kolejny plac, ale już taki bardziej znany…plac z niedźwiadkiem przy drzewie:D (symbol Madrytu:)!) oraz z punktem zerowym w Spain…czyli z punktem, którego wyliczane są długości ulic w Hiszpanii:D później weszliśmy na Gran Via- najsławniejszą ulicę w Madrycie…no i wieczorną porą, ponownie zmarznięci wróciliśmy do hostelu! Jednak nie wszyscy...Andreea i Turcy postanowili spacerować dalej. My z Domi i innymi dziewczynami zdecydowaliśmy się na powrót do hostelu…przespaliśmy się tam ok. 2 godzin…i, gdy Andreea wróciła ze spaceru z Turkami poszła na spacer z nami…hehe:D zakończyliśmy więc drugi dzień pobytu odkrywając Madryt nocą. Aaaaaaaaaaaa…spotkaliśmy się z Agatą, Mateuszem, Martą i Aśką…pospacerowaliśmy razem i spacer uwieńczyliśmy jedzonkiem w Mc’Donalds. Były lody, kawa, pącki, hamburgery…:D ehhhhhhhh….poszliśmy spać zmęczeni, ale bardzo usatysfakcjonowani i najedzeni.
Dzień trzeci rozpoczęliśmy od wizyty na stadionie Realu Madryt- Estadio Santiago Bernabeu. Zwiedzanie dość kosztowne(15 Euro), ale się opłacało, przynajmniej dla mnie:D Widzieliśmy muzeum, ze wszystkimi zdobyczami, rękawicami, butami, historią itp., siedzieliśmy na trybunach, na fotelach dla zawodników, byliśmy na murawie, widzieliśmy szatnie, łazienki, pokój prasowy…no ogólnie cały stadion!:D Baris i Serkan niemalże płakali jak już wychodziliśmy..haha:D Ehh…chłopcy. Mi się podobało, ale tak bez przesady! Mam frajdę z tego, że tam byłam, bo teraz jak będę oglądała mecz z moim braciszkiem to powiem „Ehh..a ja tam byłam..haha:D”. Stwierdziłyśmy z Domi, że większą, ale zarazem męczącą frajdą byłoby zwiedzanie stadionu z kumplami…bo oni się tak wszystkim przejmują, podziwiają, oglądają itp. Nie wiem ile zdjęć mają tureckie chłopaki z tego stadionu, ale na pewno ponad 100..:D no coż, stadion zaliczony!:D
Kolejny przystanek (tego dnia cały dzień jeździliśmy metrem, bo punkty do zwiedzenia były dość daleko od siebie)- Plaza Castilla. Sławny z tego, że znajdują się na nim pochylone budynki, które tak zostały już skonstruowane! Robią wrażenie, ale chyba nie chciałabym pracować na samej górze w miejscu najbardziej wysuniętym..hehe:D
Dalej obejrzeliśmy Nuevos Ministerios…budynek jakiegoś ministerstwa, oczywiście, przed którym znajdował się jardin(ogród). Nic specjalnego, ale podobno istotne..hehe:)
Przedprzedostatnim miejscem, do którego zajrzeliśmy był Plaza de Toros, na którym w sezonie, odbywają się corridy. Budynek świetnie wyglądający z zewnątrz, niestety nie było nam dane zobaczyć go wewnątrz. Oczywiście narobiliśmy mnóstwo zdjęć, zjedliśmy hiszpańskie churros( niestety zimne!;/ Gorące z cukrem są ZNACZNIE pyszniejsze!)
Jako przedostatni punkt zaliczyliśmy most, z którego widać było kolejny stadion- Estadio Vicente Calderon. Chwilkę podziwialiśmy widoki, niektórzy pobawili się z pięknym piesiem, który stał ze swoim panem…no i ruszyliśmy, do ostatniego już, punktu, którym ponownie była egipska świątynia, ale tym razem już wewnątrz.
Okazała się tak malutka, jak się wydawała…na nikim nie zrobiła oszałamiającego wrażenia, ale jak stwierdził Tomek, na wartość kulturową:D! ponownie, więc zaznaliśmy troszkę kultury, ale tym razem egipskiej w Hiszpanii. Ehhh…ale widok zachodzącego słońca z tamtego miejsca zrobił wrażenie na wszytkich! Przepiękny…zresztą jak niemalże każdy widok zachodu.:D
Pojechałyśmy z dziewczynami (Andreea, Domi, Merve i ja) do hostelu, wstępując po drodze do supermarketu Dia:) Merve wybrałą KFC, a my obkupiliśmy, się w bagietki, tortille, magdalenki i zrobiłyśmy sobie piknik w hotelowym pokoju:D. Pomysł tak nam się udał, że został podchwycony przez innych…;p Później była drzemka…no i Serkan wyciągnął nas na prawdziwy clubing w Madrycie. Na początku byłyśmy sceptyczne…udało mu się namówić mnie, ja namówiłam Andree, niektórych nie było trzeba namawiać, a Domi namówić się nie dała( z racji swojego wrodzonego, lub nabytego lenistwa oraz jak ona to mówi, z racji tego, że jest stara…hehe!), więc została w łóżku. A my łaziliśmy od klubu do klubu wciągani przez ludzi do tego przeznaczonych ( Karolina może coś więcej powiedzieć na ten temat, jeśli ktoś byłby zainteresowany:*:*:*!) i pijąc darmowe drinki, które nam oferowano…hehe (chupitos, rum, wódka z sokiem, sangria…). Clubing w Hiszpanii to naprawdę dobra sprawa…moża wejść do wielu klubów, wypić dużo…a przy tym nie tracić ani jednego euro, jak to miało miejsce w naszym przypadku..hahahaha..:D:D:D czas spędony bardzo fajnie, natańczyliśmy się, naśmialiśmy, ponownie zobaczyliśmy Madryt nocą…no i w pełni usatysfakcjonowani wróciliśmy do hostelu ok. 2.30, a niektórzy o 5…:D
Ostatniego dnia trzeba było wstać o 7.00 rano, gdyż obiecałam Andreei, że pomogę jej z przedostaniem się na dworzec autobusowy. Serkan zmuszony był jechać z nami, gdyż powiedział, że jak pójdziemy na imprezę, on pojedzie nam pomóc..hehe:) no, to skorzystaliśmy z tego naturalnie…! Po odprawieniu Andreei ( ehhhhh…tęsknie już!:(!!!) zajechaliśmy do hostelu, zjedliśmy śniadanko, no i droga na lotnisko. Ok. 15 byliśmy w Santiago, ok. 17 w domku!
Kolejne cudowne dni spędzone z erasmusowymi ludkami…dzięki:*:*:*
sobota, 19 grudnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Ahaha :D "Tropics tonight?". Jak widzę zobaczyłaś na czym polega propaganda:p
OdpowiedzUsuńPięknie Aneczka, dużo miejsc, dużo wrażeń, no i dużo kasy straconej :D
Ja zaraz się biorę za notkę o Kapadocji,kocham:*