czwartek, 10 grudnia 2009

Portugal part2

No to budzimy się w naszym pięknym pomarańczowym pokoiku..:) zmęczeni, głodni, nieprzytomni...:D nie wiem ile czasu zajęło nam ogarnięcie się, ale z godzinkę...no i śniadanko:D w pięknym living roomie połączonym z kuchnią:D najedzeni do syta wyruszyliśmy w kilkugodzinną podróż do Lizbony...:)

W autokarze troszkę snu, dużo śmiechu i miło spędzony czas...no to "witaj Lizbono!" po jakiś 4 godzinach! naturalnie poszukiwania hostelu...i żeby było śmiesznie po raz drugi znalazłam się w grupie Zagubionych...hahaha:D Andreea bardzo potrzebowała łazienki i jak poszła tak zniknęła na jakieś 15 min...czekaliśmy za nią podczas, gdy reszta grupy poszła do hostelu prowadzona przez Soraye...:D ehh co za szczęściarze...my zostaliśmy z tymi samymi "przewodnikami", którzy ostatnio zgubili się w Porto...ehh..no życie! ale nie było tragedii...po kilku telefonach do Sorayi i zapytaniu przechodniów gdzie jest adres, którego potrzebujemy...dotarliśmy do miejsca przeznaczenia w 15 min. hmm...normalnie zajmowało to dosłownie 3 min..ale cóż..nie czepiajmy się szczegółów.:D 

Hostel nosił wdzięczną nazwę Hostel Kitsch..no i był to rzeczywiście kicz..hahaha...:D zastanawialiśmy się, siedząc w living roomie, który nie umywał się do poprzedniego, czy nazwa wynika z wyglądu czy wygląd z nazwy...haha...na pytanie odpowiedzi nie znaleźliśmy! po kilku minutach zaprowadzono nas do pokoju...jak poprzednio w 10 osób (2 Turków, Niemka, 2 Rumunki, 5 Polaków;p!) nasza ekipa! pokoje bez komentarza, łazienki już w ogóle...tęskniliśmy za naszym Orange room!

Chwila na odpoczynek no i w drogę...hmm...tzn spacer w poszukiwaniu knajpy na jedzenie..hahaha..:D ale o tym później, bo to długi i interesujący temat...:D no nic, spacerując, podziwiając pięknie oświetloną, na czas świąt, Lizbonę znaleźliśmy w końcu odpowiednie miejsce. Najedzeni wybraliśmy się zobaczyć przepiękną, ogromną, lizbońską choinkę! Przy okazji Sofia, erasmuska z Lizbony, opowiedziała nam, co nieco, no i ruszyliśmy zobaczyć oświetlone cudo z bliska!:D ehhhhhhhh..piękna, mieniąca się kolorami, ogromna, robiąca wrażenie...nie omieszkaliśmy zrobić około 100 zdjęć tej samej choinki:D wiedzieliśmy, że to nienormalne i, że nikomu nie będzie się chciało tego oglądać, ale co tam! bawiliśmy się świetnie...:D:D:D! była darmowa herbatka, bo Lipton miał jakąś promocje..:D była wata cukrowa, jabłka w karmelu..MNIAM!!! więc było nie tylko pięknie, miło, świątecznie, ale także słodko:D! wróciliśmy do hostelu nic konkretnego nie zwiedzając, ale zadowoleni i nastawieni na imprezkę...naturalnie;p 

Była niedziela, więc nie za bardzo orientowaliśmy się gdzie można potańczyć! no, ale wyjść- wyszliśmy. Zaliczyliśmy pub, w którym każdy wypił Ginje (wiśniówka, ale mniej słodka!) z kieliszka zrobionego z czekolady, którego następnie zjadał. Typowo portugalskie...coś w stylu polskiej bombonierki z wiśnią w środku...:D posiedzieliśmy, pościemnialiśmy...no i przyszedł czas na poszukiwanie miejsca do tańca. Padało tej nocy, więc troszkę nie uśmiechało nam się iść, ale jak trzeba to trzeba. Alberto, nasz przewodnik i opiekun zarazem, który spędził rok na Erasmusie w Lizbonie, zabrał nas do PEWNEGO miejsca przy ocenaie. Zaszliśmy, patrzymy..."Fiesta privada"...hmm...stanęliśmy pod pobliskimi kolumnami czekając, nie wiadomo na co...dzięki Bogu z Sorayą przy boku...;p po jakiś 10 min przychodzi nasza opiekunka- Soraya, ze słowami "Dobra ludzie idziemy. Zagadałam i wpuszczą nas na tą imprezę!" (ha...i niech nikt mi nie mówi, że kobiety są gorsze od mężczyzn..hehe!) pomyślałam "fajnie!!! jak impreza prywatna to pewnie jacyś młodzi ludzie, przystojni, itp" hmmm...weszliśmy w ponad 30 osób...i przeżyliśmy szok...!!! Klub dla gejów!!!!!!!! zaczęłam się śmiać, bo w życiu sie tego nie spodziewałam i...jeszcze nigdy w życiu nie byłam w takim miejscu! Wiedziałam o tym, że Lizbona to miasto gejów, gdyż zostaliśmy o tym poinformowani, ale NIGDY w życiu nie spodziewałabym się, że zabiorą nas do takiego klubu!:D:D:D ehhhh...było superowo!!!!!!!!!! muzyka troszkę ciężka, bo samo techno, ale daliśmy radę. Kurczę nie mogę powiedzieć, że czułam się zupełnie normalnie, a to z tego względu, że zżerała mnie ciekawość!!! chciałam widzieć każdy ruch tych facetów, każde spojrzenie, każdy krok...było interesująco! i, o dziwo, nie przeszkadzało mi w żaden sposób!!! impreza zaliczona do jak najbardziej udanych!!!!!!!!

no i jak tu nie kochac Erasmusa? mogę się założyć, że w Polsce nie poszłabym do takiego klubu, a tu...proszę...:) bardzo się cieszę, że zobaczyłam, co zobaczyłam i dzięki temu kolejny stereotyp upadł...:D po Erasmusie wszystkie stereotypy znikną z mojego umysłu...każdy jest jaki jest! dlatego świat jest tak interesujący!:D

Zadowoleni z imprezy wybraliśmy się w droge powrotną z Carlosem przy boku, który cały czas nam powtarzał, że Lizbona jest bardzo niebezpieczna, że mamy się trzymać razem, a jak będzie trzeba to mamy zacząć uciekać...hahahaha:D wyobraziłam sobie pijanego Carlosa stającego w naszej obronie lub uciekającego przed bandytami...hahaha!:D oczywiście nie obyło się bez śmiesznych sytuacji. Baris ( Turek z naszej paki;p!) wracał razem z nami! znał drogę do domu...w pewnym momencie zaczymaliśmy się przy pomniku ( siedzący na ławeczce pisarz) spotykając innych zainteresowanych. Carlos nie omieszkał zapytać jak dostać się do centrum, gdyż według niego nie znaliśmy drogi...:D sytacja osiągnęła punkt kulminacyjny kiedy Carlos poczuł jak Andreea, po raz 5!!!!!, chwyta go za ramię mówiąc "Carlos! znamy drogę", a on z mega zdziwieniem stwierdził "Joder, Puta..jak to znamy drogę? naprawdę?????" no, my z Andreea, myślałyśmy, że położymy się ze śmiechu....hahaha..:D:D:D no nic, poszliśmy przed siebie, prowadzeni przez Barisa...w 15 min dotarliśmy do hostelu w świetnych, dzięki Carlosowi, humorach!:D dzień drugi zakończony...to były najlepsze Mikołajki w moim życiu:D!!!!:D

Dzień 3...pobudka, toaleta, śniadanko z gorącymi bułeczkami w roli głównej...MNIAM!!!!!:D najedzeni do syta, o dziwo, wybraliśmy się na zwiedzanie! Zamek, punkt widokowy, czas na jedzenie (OCZYWIŚCIE!!!:D!) no i ostatni punkt programu Belem. Pogoda była przecudowna!!! słońce, gorąco, bezwietrznie ehh..polska, piękna wiosna! na zamek trzeba było troszkę iść, więc na górze znaleźliśmy się lekko zmachani..;p ale widoki na całą Lizbonę wynagrodziły nam zmęczenie!!! ehhhhh...piękny zamek, piękna pogoda, piękne słoneczko, piękne widoki, świetna atmosfera..czego nam więcej do szczęścia było potrzeba? niczego, dlatego spędzaliśmy ten czas z uśmiechami na twarzy, wzdychając do słońca i naturalnie robiąc kilkaset ( nie przesadzam!) zdjęć..;p po zejściu z zamku czas na punkt widokowy i katedrę. Po zaliczeniu powyższych punktów czas wolny...z racji tego, że głodne nie byłyśmy ( no z wyjątkiem Merve) wybrałyśmy się do Mc'Donaldsa na przepyszne lody, a Merve na jedzonko! Po drodze, nie omieszkałyśmy naturalnie, wstąpić do kilku sklepów w celu zakupienia pamiątek!:) więc z siatkami w dłoni, po zjedzeniu przepyszastych lodów wstąpiłyśmy do hostelu ( z racji tego, że był blisko najważniejszych miejsc, co niewątpliwie jedna, z jego niewielu zalet;p!), zostawiłyśmy bluzy, zakupy, parasole (w końcu nie były nam potrzebne..jupi!!!!!) i ruszyłyśmy do meeting pointu przy Łuku Triumfalnym!

Spóźnione (ale tylko 4 min), zziajane, bo biegłyśmy...aaaaaa towarzyszył nam Włoch, więc biegliśmy;p żeby się nie spóźnić( co się nie udało..;p!) zastaliśmy naszą grupę w komplecie..naturalnie z wyjątkiem opiekunów, którzy byli NA OBIEDZIE!:D no cóż przyszli po jakiś 10 min( co razem dało 15 min spóźnienia!) i naturalnie, bez żadnego przepraszam, niczego policzyli czy jesteśmy wszyscy no i w drogę do Belem! (http://pl.wikipedia.org/wiki/Belém_(dzielnica_Lizbony)  !) najpierw na pieszo na stację kolejową, no i póżniej pociągiem do celu przeznaczenia...całe 7 min drogi!:D już na początku wrażenie było imponujące (gdyby tylko nie to, że ledwo mogłyśmy chodzić w nowych butach) wszystko byłoby perfekcyjne. Postękałyśmy, bo trzeba było odbyć dłuuuuuugą drogę piechotą no, ale dałyśmy radę. Alberto przedstwił nam bliżej zameczek, pomnik no i najważniejsze...czyli Monasterio!:D! zakończyliśmy wycieczke do Belem odwiedzając sławną Pastelerie czyli cukiernię z ciasteczkami! mniam, mniam, mniam...naprawdę pychotka! wróciłyśmy do hostelu ledwo chodząc z postanowieniem, że imprezę odpuszczamy, gdyż nasze stopy ledwo żyły. No...ale nie omieszkałyśmy wyskoczyć do najbliższego pubu, kupić Ginje i skosztować jej w łóżkach z mandarynkami, pomarańczkiem i słodyczami!:D Baris i Merve już spali, reszta gdzieś tam imprezowała, a my ( Andreea, Alina- Rumunka, żeby nie było wątpliwości i ja) zakończyłyśmy kolejny udany dzień ok 1 w nocy...:D

We wtorek 8.12, ostatniego dnia rano zostaliśmy wyrwani ze snu przez Soraye i Jose:D Soraya przedstawiała plan po hiszpańsku, Jose po angielsku...narobili dużo hałasu, ale dzięki nim dzień zaczął się pozytywnie!:D! zanim podniesliśmy się z łóżek i ogarnęliśmy minęło troszkę czasu...ale w hiszpańskim stylu postanowiliśmy tranquilo...nie śpieszyć się. tym razem śniadanie bez ciepłych bułek, co, spójrzmy prawdzie w oczy, zawiodło nas wszystkich bardzo mocno...;p kolejnym zdziwieniem było to, że Soraya nas poganiała ( i do tego przy POSIŁKU!) no, ale trzeba było jechać. Oczywiście..z lekkim, 40 minutowym:D, spóźnieniem wyruszyliśmy w drogę powrotną zaliczając jeszcze po drodzę Coimbre! Byliśmy PEWNI, że jedziemy tam coś zwiedzić ( nastawiłam się zwłaszcza, że Alba powiedziała mi, że Coimbra jest śliczna!) no to wsiadamy do autobusu i po chwili odzywa się Jose, który krzyczał do tego głupiego mikrofonu, i na dodatek miał bardzo charakterystyczny, denerwujący śmiech, więc można sobie wyobrazić naszą reakcje!:D! Pewni, że usłyszymy plan zwiedzania usłyszeliśmy, magiczne dla Hiszpanów słowa " Hola! Que tal? jedziemy teraz do Coimbry i tam mamy 1,5 godz czasu...na JEDZENIE!!!!!!!" no my myśleliśmy, że padniemy ze śmiechu, irytacji, itp...nie mogliśmy sobie tego wyobrazić, jak oni, po mega obfitym śniadaniu mogą w ogóle myśleć o kolejnym jedzeniu!!!! no to, po skomentowaniu sytuacji doszliśmy do wniosku, że trzeba coś zobaczyć! Wybraliśmy się z Barisem, Merve, Andreea, Alina na spacer nie wiadomo dokąd!:D no, ale zahaczyliśmy o sklepy z pamiątkami i w końcu trafiliśmy do najistotniejszego miejsca w Coimbrze...Uniwersytyet, jeden z najstarszych w Europie!( http://pl.wikipedia.org/wiki/Uniwersytet_w_Coimbrze ) huhuhuhu...robił wrażenie! z placu przed uniwersytetem rozciągał się widok na Coimbre, więc zaliczyliśmy udane mini zwiedzanie..:D naturalnie zrobiliśmy, nie wiem ile, zdjęć..hehe..:D w drodze powrotnej do autokaru weszliśmy do cukierni na ciacho no i przygoda z Portugalia została zakończona słodkim akcentem...:D:D:D:D!!!!!!

12 godz później przywitała nas stęskniona A Coruna.:D

Ehhh..no to teraz troche różnic kulturowych. Po pierwsze spóźnialstwo. No oni są niesamowici...nie wiem czy w ogóle istnieje tu takie słowo..hehe...:D dla nich 15 min spóźnienia, to przecież "Nic się nie stało!" i tak jak pisałam, żadnego przepraszam, coś nas zatrzymało itp. Nie! oni przychodzą i po prostu są...:D swoją drogą dla mnie idealnie, bo ja przeważnie jestem spóźniona..hehe..:D:D:D

Po drugie...w sumie nie muszą mówić, co ich zatrzymuje....zawsze to samo: JEDZENIE!!!! dla Hiszpanów to chyba jedna z najważniejszych słow! oni jedzą 5 razy dziennie...i to nie, że coś tam na szybko, albo coś...to są duże, normalne posiłki! na jedzenie oni mają czas ZAWSZE!!! zresztą ja widze po moich kochanych współlokatorach...oni śniadanko na tacy, w salonie, spokojnie..nie potrafię sobie wyobrazić, że jedzą w biegu (jak mi się to czasami zdarza;p!) no, ale na wycieczce oni potrzebowali MINIMUM 2,5 godz na posiłek. Śmialiśmy się, że są rzeczy ważne (zwiedzanie) i ważniejsze (jedzenie)! kurcze oni po śniadaniu ( na słodko! bo tu tak jest) myśleli już o obiedzie mega wypasionym. Dla nich posiłek to coś świętego, coś co trzeba celebrować i poświęcić temu wiele czasu! Dla nas ,był to jeden z największych, szoków jakie przeżyliśmy. Bez 2.5 godz na posiłek, plan dnia, w ogóle, nie miał prawa bytu...hahahaha...:D:D:D na początku byliśmy wkurzenii, zirytowani, itp., ale teraz mamy z tego niezły ubaw..haha! jeśli jesteś z Hiszpanem i potrzebujesz na coś czasu powiedz, że chcesz jeść...masz spokojnie 2,5 godz do dyspozycji..hahahaha...:D:D:D

no a co jedliśmy? w Porto coś typowego, "francesinha" to sie nazywało, buła z różnymi rodzajami mięsa w pikantnym sosie. Jak dla mnie ok, szału nie zrobiło, ale dobre!:) inni mieli podobne odczucia..:) hahaha...dziewczyny zamówiły zupę..tzn coś co miało być zupą...:D:D:D było gęste, nie za dobrze wyglądające i nie za smaczne...odstawiły na bok i sam szef przyszedł zapytać "co jest nie tak?" po uszłyszeniu odpowiedzi, że nie tego sie spodziewały zupa została zabrana, a ich rachunek zmniejszył się o jej koszt, gdyż, skoro nie smakowała, nie trzeba za nią płacić...:D:D:D czadowo...szkoda, że w Polsce tak nie ma..;/

No, ale za to w Lizbonie wyczailiśmy ( z pomocą erasmusek z Lizbony:)!)  mega przepyszne jedzonko!!!!!! Bacalhau (ryba- dorsz, ziemniaczki w jakimś tam sosie czy śmietanie!!!!) no przepycha!!!!!!!!!!!!!! do tego ryż lub frytki, sałata i napój! wuhta, ale naprawde wuhta mega smacznego jedzonka za 5 euro! restaurację "Pateo" znaleźliśmy w centrum handlowym w centrum Lizbony. MNIAM!!!!! aaaa...do tego wszamaliśmy po kawałku ciacha, ale to już było za dużo...;p posiłek zajął nam..ok 2.5 godz..hahaha...:D czyżbyśmy stawali się Hiszpanami?;p

no i tak właśnie prezentuje się nasza erasmusowa wyprawa do Portugalii! naturalnie, tego co tam przeżyliśmy, tego świetnie spędzonego czasu nie da się ubrać w żadne odpowiednie słowa! mam jednak nadzieję, że usatysfakcjonowałam niektóre osoby!

teraz czas na Madryt, a to już w niedzielę!:D dziś test z hiszpańskiego...czyli ostatni dzień kursu...i witaj LABO...do 10.01.2010..hahahaha...HIGH LIFE:D!!!!

Buziaki dla ciotki, wiernej czytelniczki!:* mamy i babć, które wciąż zastanawiają się czy mam co jeść...no i wszystkich, którzy mieli cierpliwość czytać..:)

Następna relacja po Madrycie..chyba...a teraz idę spać...jest 4.00..;p naturalnie przy dźwiękach...nie, nie...nie gitary Juana...przy dźwiękach "Hotelu California".:D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz