no nic...dziś postanowiłam napisać, bo po 1: tydzień nie pisałam, po 2: mi się chcę, a po 3: troszkę moje erasmusowe życie ulegnie zmianie w ciągu kolejnych kilku dni ( mam nadzieję, że nie tygodnii....Dios mio!!!!!).
Mianowicie muszę na serio!!!! zacząć się uczyć! i z jednej strony się cieszę, bo jak Javier dziś powiedział, "nie wyjadę stąd głupia!", a poza tym fajnie sobie przypomnieć, po niemalże 4 miesiącach lenistwa, co tzn. uczyć się;p...no i hiszpański, chcąc, nie chcąc zrobi kilka kroków naprzód..:)
Więc zaczęło się od wczoraj! Nasza profesor od Psicologia comunitaria (Ricardo Garcia Mira), gdy poszlismy do niego "zdawać egzamin" stwierdził, że z tego co przeczytaliśmy mamy zrobić prezentację, ale na egzamim, taki dla wszystkich, i tak musimy przyjść!!!!! Myślałyśmy, że padniemy jak to usłyszałyśmy! Po pierwsze: nie tak się z nim umawiałśmy, po drugie: nie mamy absolutnie żadnych notatek, po trzecie: niepotrzebie spędziłyśmy czas na czytaniu tego co nam dał twierdząc, że z tego nam właśnie egzamin zrobi, a po czwarte: o egzaminie, zwłaszcza w innym języku!!! fajnie byłoby wiedzieć kilka tygodni wcześniej, a nie, tak jak w naszym przypadku, kilka dni...;/ no cóż...opuściłyśmy gabinet Ricardo ( bo jak pamiętacie w Hiszpanii do profesorów mówi się na TY) mega wkurzone, nie wiedzące co ze sobą zrobić i kompletnie rozbite psychicznie...matko, ale to brzmi:D:D:D no ale taka jest prawda no!!! bo jak się wie o egzaminie od początku to się na niego przygotowuje...przynajmniej psychicznie...;p a tak? my myślałyśmy, że będzie luzik z tym przedmiotem, a on wyskoczył z egzamem!grrrrr....;/;/;/;/
Tak w sumie to jestem pewna, że i tak zaliczymy ten przedmiot, ale co sobie człowiek nerwów napsuje zamiast cieszyć się ostatnimi dniami wolności...hehe:D offfffff...( offff- ekspresja pochodzenia tureckiego mająca wyrażać polskie nieeeeeee...;p!) no cóż...weeken trzeba się pouczyć iść, usiąść, pytania przeczytać i co się będzie wiedziało się napisze co nie- się śćiągnie ( bo to test więc łatwo..hehe;p!) bądź też strzeli...:);p będzie dobrze...mam nadzieję:)
A póżniej czekają nas jeszcze egzaminy z Servicios Sociales, Genero y Educacion oraz Nuevas technologias aplicades en educacion...ehhh..:) Vamos a ver...( zobaczymy...)
Dziś miałam jakiś taki niefajny dzień...yhm, yhm...na koniec poprawiony przez mojego uroczego współlokatora Davida...:);p ale wstałam już lewą nogą, wycieczka z ww. profesorem jakoś mnie nie cieszyła, więc siedziałam przy oknie naburmuszona na cały świat! nienawidzę takich dni, no ALE...
Jak się później okazało excursion (wycieczka) bardzo trafiona! Pojechaliśmy na Costa de Morte (http://en.wikipedia.org/wiki/Costa_da_Morte) tam byliśmy w ośrodku dla osób niepełnosprawnych fizycznie i psychicznie, a później zwiedziliśmy Torre de Allo (chyba tak się to nazywało;p) w każdym razie stary budynek, który kiedyś służył jako dom. Widzieliśmy proces pieczenia chleba np...:) Poźniej pojechaliśmy w dalszą drogę po to, aby dowiedzieć się kilka słów o Dolmen de Dombate (http://www.google.pl/search?hl=pl&q=dolmen+de+dombate&btnG=Szukaj&lr=&aq=f&oq=). Jak sami możecie zobaczyć w linku...kilka kamienni na krzyż...kiedyś miejsce kultu dla pewnych ludzi, zawsze w słońcu, miało 4 m wysokości, obecie z racji osuwania się ziemii ma może z metr...no mniej więcej to powiedział nam przewodnik, z którym później udaliśmy się na ruiny zamku! Wiało STRASZNIE i w ogóle padało, więc niefajnie nam się stało, ale na szczęście nie byliśmy w Polsce( gdzie wszystko musi dziać się krok po kroku i zgodnie z zegarkiem;/!) i wystarczyło 10 min. konkretnych informacji i nasz komunikat, że już nie chcieliśmy tam stać no i poszliśmy:)
Zgadnijcie gdzie...??????:D:D:D:D taaaaaaaaaaaaakkkkkkkkkkkkkk...na jedzenie...hahaha! ( Pani Krysiu- mamo Karoliny- pozdrawiam:):*!!!)...no kurcze wiem, że dużo piszę o jedzeniu, ale WIERZCIE MI, że dla Hiszpanów to mega ważne!!! hehe...chwilami śmiejemy się z dziewczynami, że przyswoiliśmy już torszkę hiszpańskiej natury mówiąc o tym, co ugotujemy przy następnym spotakniu! Ale to też dlatego, iż przekonałam się, że gotowanie, pieczenie i ogólne "kuchcenie" sprawia mi mega wielką radość! Naprawdę to lubię zwłaszcza, gdy słyszę te wszystkie miłe słowa pod moim adresem, gdy znajomi zajadają się kurczakiem, ciastem czy kokosowymi kuleczkami:);p
No więc do rzeczy...comida ( jedzenie) składała się z: zupy ( caldo- typowa galicyjska zupa z kapusty ziemniaków), dania drugiego: mięso ( żeberka lub kurczak), chorizo (http://pl.wikipedia.org/wiki/Chorizo), ziemniaki i warzywa deseru z kawą ( coś w stylu naszej chałki, ale w bochenkach jak chleb, mega dobre!) , a wszystko zakończone różnymi rodzajami likieru:):D:D:D! do picia podano wodę oraz wino! no byłyśmy z dziewczynami w mega szoku jak to zobaczyłyśmy! Oczywiście jedzenie w restauracji, bardzo smaczne i do oporu! pomiędzy obiadem a deserem podano popielniczki ( wiadomo Hiszpanie- palacze) i studenci ( zaznaczam, że w Hiszpanii zaczyna się studia szybciej, więc oni mają po 20 lat) palili przy profesorach bez żadnego skrępowania czy zastanowienia się! Likier był pyszny...;p ciasto również...no wszystko mega pozytywnie!
Nie mogłam się nadziwić, zwłaszcza, że to zupełnie inny obraz wycieczki niż w Polsce! zero jakiegokolwiek odliczania czasu, a pomimo tego wszyscy zorganizowani, nikt się nie zgubił, wszyscy byli na czas ( no oprócz Marta przed wyjazdem...hehe;p!), zero pośpiechu, przewodnik konkretny, dosłownie kilka zdań na każdy temat i ten posiłek...! aaaaaaaaaa...zapomniałam dodać czegoś bardzo ważnego i równie odmiennego od Polski...za cały ten dzień nie zapłaciliśmy ANI GROSZA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! wszystko sponsorował uniwersytet!!!!(http://www.udc.es/principal/ga/) ehhh..no i jak tu nie kochać Hiszpanii...no powiedzcie jak????:D:D:D zobaczyliśmy morze, piękne plaże i zostałyśmy zaproszone przez Ricardo do jego weekendowego domu przy plaży!:) jak stwierdził ( Mój dom jest waszym domem) a nam powiedział, że latem możemy do niego zadzwonić i ona nas weźmie i będziemy sobie tam mieszkały za free...:) hahahaha...:D:D taaaa...zapewne z tego skorzystamy! ehh...Hiszpanie!:)
Dzień zaliczam do udanych...aaaaa...no i jak wróciłam oczywiście konwersacja z D. poprawiła mi humor...:) no nic...miałam robić prezentację, ale chyba już mi się nie chce!;p jutro po przyjezdzie z zakupów tym razem z Dominiką:) ale zgodnie stwierdziłyśmy, że trzeba się uwinąć, gdyż nauka czeka:)
Idę więc spać...iyi geceler( turecki), napte buna ( rumunski), buenas noches ( hiszpański), Good night ( angielski), a to wszystko to, po prostu, Dobranoc!!!!:):*:*:*
p.s. dzień 16 stycznia od 40 min....
0 komentarze:
Prześlij komentarz