niedziela, 31 stycznia 2010

...pozytywnie..:)

ehhh...obiecałam napisać wczoraj, ale tak jakoś mi zeszło na robieniu niczego, że się nie wyrobiłam...hehe:D dziś relacja z opuszczającego mnie pecha...zaczynamy!:D

Sooooooo....31.01.2010...bez komentarza! dokładnie, ze szczegółami pamiętam 31.12.2009!!!! nie wiem gdzie są te dni! no po prostu nie mam najmniejszego pojęcia:( od dziś zostały mi 3 tygodnie do wyjazdu...ehhh...ale nie mówmy o tym...;p

Powróćmy do pecha...więc! woda i ogrzewanie wróciły już w poniedziałek, więc nie było źle:) jakoś przecierpieliśmy, ale ulga była niesamowita, gdy David, myjąc swoje naczynia sprzed 2 tygodni wypowiedział słowa "Jest ciepła woda!". aaaa...co do mycia naczyń...to pudełka wielorazowego użytku stały brudne 2 tygodnie, więc jak bałaganiarz wziął się za mycie to myślałam, że je umyje. A on, żeby się czasami nie przemęczyć, po prostu je wyrzucił!!!:D Myślałam, że padnę jak to zobaczyłam! Weszłam do kuchni, spojrzałam i zaczęliśmy się śmiać! LENISTWO I BAŁAGANIARSTWO TO DWIE CECHY HISZPANÓW!!!! no, ale nic...kuchnia wróciła do normalnego wyglądu po 2 tygodniach!:p

W czwartek zrobiłyśmy pięknie projekt z Andreeą! po środowej imprezie, dzięki której powrócił mój dobry humor, umówiłyśmy się o 13 na robienie projektu, z myślą, że skończymy go za dnia i będzie spokój. no tak...o 13 to ja byłam u niej, ale projekt skończyłyśmy o 3 nad ranem!;/ i to nie dlatego, że wymagało to tyle czasu, ale dlatego, że plotki, robienie pysznych pączków, a później towarzystw Merve były dla nas ważniejsze:D;p Tak naprawdę zabrałyśmy się do tego ok. 20 no i tak nam do 3 zleciało! ale projekt skończony, zrobiony, zamknięty na ostatnii guzik!!!:D:D:D jupiiii..!!!

W czwartek również dowiedziałam się, że zdałam egzam z tego niepotrzebnego do niczego przedmiotu..:D 13 dopowiedzi na 20 dobrze:D no jesteśmy z siebie naprawdę dumne!!!:D jeszcze jutro jedziemy przedstawiać nasze zadania, które robiłyśmy, a tak właściwie które zrobiły nasz kochane Hiszpanki- Laura i Lara, no i kolejny przedmiot zaliczony!

Od środowej imprezy mój humor uległ dużemu polepszeniu! Spotkałam się z moimi kochanym ludkami, byliśmy na imprezie, bawiliśmy się do rana! tego potrzebowałam!:) odstersowania się, pośmiana się z nimi i myślenia o czyś innym, a nie o nauce! byliśmy, jak zwykle w środę w Geographic-u na Orzanie, bo tam robią erasmusowe party! oczywiście już pod koniec nie było sie gdzie ruszyć, ale bardzo fajnie się bawiłam!:)

Czwartek już wiecie! projekt i nocka u Andreei...no właśnie...a a propo tego tematu. To uwielbaim Erasmusa za to, ze mogę robić, co chcę, gdzie chcę, kiedy chcę...i nikomu nie muszę się tłumaczyć! zostałam u Andreei na noc, co było kompletnym spontanem i nie musiałam wysłać żadnego sms, nie miałam pytań "dlaczego? po co?" itp. ehhh..jak to dobrze:)

No w piętek to była latanina! Wybrałyśmy się z dziewczynkami na zakupy! uffff....jak dobrze, że tym razem nic na mnie nie pasowało;p Byłam tylko, albo aż, doradcą:) i bardzo mnie ta rola satysfakcjonowała zwłaszcza, że nie straciłam ani jednego euro:) Po zakupach miałam robić moje kokosowe kuleczki w czekoladzie, ale że wróciłyśmy bardzo późno, to zdecydowałyśmy się na tapas. "Platino", 1,4 euro, piersi z kurczaka plus ziemniaczki smażone i byłyśmy w niebie:) bez gotowania, czekania, w pełni usatysfakcjonowane:) skończyłam ten dzień ok 2.30 w nocy gdyż jeszcze o 24 wybrałam się do Maji i Beaty na imprezkę pożegnalną( wyjeżdżają w piątek:(!!!). Było duuuużo ludzi i pyszna Sangria...niczego nam więcej nie było trzeba!:) czas spędzony, jak zwykle bardzo fajnie! Później chcieli mnie na imprezę wyciągnąć, ale naprawdę nie miałam siły! Byłam w pełni usatysfakcjonowana czasem spędzonym w mieszkaniu dziewczyn!

A wczoraj...pobudka była o 13.00!!!! później próba zrobienia projektu, a której nic nie wyszło, no i później imprezka:D Wcześniej, przed przyjściem gości, zrobiłam obiecane kuleczki...ehhhh....MNIAM!!!! zjedzone wszystkie...a ja jak zwykle byłam z siebie mega dumna..hehe:D ok 1.30 wyruszyliśmy na miasto. Andreea, Merve, Alina, Serkan, Sezgin i ja:) pogoda była nie za bardzo, ale daliśmy radę. Pierwsze kroki do "Agua" - ale ludzi nie za dużo, muzyka nie za fajna, więc poszliśmy do "Tandemu"...no i to był dobry wybór!!!:D Dużo, ale nie za dużo ludzi, muzyka jak najbardziej nam odpowiadająca, więc zabawiliśmy tam do 4 rano:D Póżniej jeszcze raz spróbowaliśmy do "Agua", ale tym razem nie mieli dla nas miejsca:) więc poszliśmy zobaczyć ocean, to 2 kroki, a gdy zaczęło padać wróciliśmy do domku. ok 5.30 poszłam spać, bardzo zadowolona z przebiegu ostatnich dni:)

Więc jak widzicie pech gdzie sobie poszedł...i oby już nie wrócił. We wtorek idziemy rozmawiać z zakręconym i wkurzającym nas profesorem, w piątek przedostatni egzamin...no i jakoś to leci:)

Zaraz wybieram się do kościółka....:)

aaaaaaaaa....w czwartek będą u Andreei usłyszałam, że bardzo dobrze mówię po castellano (nasz hiszpański) oczywiście, nie do końca w to wierzę, ale miło takie coś usłyszeć!:) autorem komplementu była Veronika - współlokatorka Andreei:) koniec i kropka...

besos:*:*:*

poniedziałek, 25 stycznia 2010

...Bosh...pech, pech, pech...grrrr...;/;/;/;

ehhhh....nie pisałam zaledwie kilka dni, a mam naprwdę duże zaległości. Był pech, teraz zaczyna się jakoś układać, a już niedługo do domu..:( no cóż...zacznijmy od początku...:) chociaż w sumie początek juz znacie...profesor robiący egzamin i informujący nas o tym tydzień przed...cd.

Pewnego dnia dostałam od Marteczki(:*) niepokojącą wiadomość, że nasze dokumenty przyślą dopiero w lipcu, a to za późno, żeby się bronić, zdawać na magistra(w moim przypadku) i odebrać dyplom ukończenia studiów (w przypadku moim i dziewczyn). No to się zdenerwowałyśmy, ale że informację przekazała nam Beata, postanowiłam nie przejmować się za bardzo i napisałam do naszej pani prodziekan. hmm...jak się okazało, niestety, Beata miała rację. Mianowicie nasza pani prodziekan odpisała, że bez wszytskich niezbędnych dokumentów z Hiszpanii, nie ma opcji, żebyśmy się broniły...;/ jednak w drugim mailu zaznaczyła, że pomoże nam jak tylko będzie mogła, a my też mamy zrobić wszystko co możemy, aby te dokumenty przyszły na czas i jakoś to będzie. No w tej kwestii nie pozostaje nam nic innego jak tylko iść, błagać, prosić, a w najgorszym przypadku płakać i grozić..hehehe:D Postanowiłyśmy, że musimy mieć te dokumenty i koniec!:) OBY się udało, bo nie chciałabym robić sobie rocznej przerwy w studiach. Pozostaje wiara, której mamy niemało:)

Co do pecha to było kilka rzeczy, w które po prostu nie mogłam uwierzyć się, że się dzieją.

Po pierwsze w zeszły weekend nie miałam ciepłej wody, ani ogrzewania;/;/;/;/ z piątku na sobotę spałam u Aśki i Marty, więc luzik, ale w sobotę i w niedzielę już musiałam kąpać się w zimnej wodzie czego nienawidzę z całego serca!!!!!!;/ ogrzewanie jakoś przeżyłam, bo nie było tak straszliwie zimno, ale woda....;/ na szczęcie w poniedziałek już była...odetchnęliśmy z ulgą! jak to niewiele człowiekowi do szczęścia potrzeba:D

Pech nr. 2...mianowicie okazało się, że pociąg, o którym myślałam cały czas, że pojadę nim do Barcelony został odwołany!;/ myślałam, że padnę jak to zobaczyłam! teraz będę musiała 13 godzin przesiedzieć w Barcelonie na lotnisku w oczekiwaniu na lot do Berlina! nie wiem jak ja to zrobię, ale...no jakoś trzeba! Żyję nadzieją, że znajdę tam gnizadko do ładowania mojego laptopa i spędzę wieczór...hmmm...całą noc z "Dr. Housem"! no bo co innego będę miała robić? ehhhh...dłuuuuga podróż do domku mnie czeka!

Pech nr. 3...w poniedziałek, nie dość, że musiałam wstać o świcie i jechać na zajęcia, to jeszcze rano moja żarówka odmówiła całkowitego posłuszeństwa. o 7 rano chciałam zapalić światło, a ona po prostu pękła! myślałam, że się popłacze!!!!;/ rozprysnęła się po połowie mojego pokoju, więc nie dość, że musiałam ubierać się po ciemku, to jeszcze sprzątać musiałam, a później nieźle się namęczyłam, żeby ją wymienić;/;/;/ ale udało się...mina dumna..;p

aaaaaaaaaaaaa...zapomniałabym o najważniejszym!!!! zabrakły mi DWA punkty, żeby zdać jeden z egzaminów i okazało się, że prezentacja nad którą siedziałam cały zeszły weekend nie jest taka jaką sobie zażyczył pan profesor;/ myślałam, że wyjdę z siebie!!!!! przysięgam! to był mój pierwszy i najprawdopodobniej jedyny i ostatni raz na Erasmusie, gdzie myślałam, że wyjdę z siebie ze złości;/ no, ale napisałyśmy do niego konkretnego maila( zaraz po otrzymaniu wyników...tak, tak to ten profesor od egzaminu!) i we wtorek idziemy na rozmowę. Vamos a ver (zobaczymy...), ale mamy nadzieję, że nam zaliczy...! tzn. wiemy na bank! że w końcu nam zaliczy tylko pytanie brzmi "Po co nas tak strasznie wkurza?????" Bo to profesor, który sam nie wie czego od nas chce, co chwilę zmienia zdanie, a ja np. tego nie cierpię!!!! Ehhhh....

A no...i Marteczka kupiła sobie torbę, na którą już dawno polowałyśmy. Z 9 euro przecenili na 3...byłam załamana jak to zobaczyłam, bo ona wzięła ostatnią, ale dziś miałąm okazję kupić taką samą, jednak stwerdziłam, że nie mam do czego jej nosić i dałam sobie spokój:)

no...to idę na domowe good bye party Beaty i Maji:(:(:(:( nie mam dziś sił na imprezę...ale jutrooooo...:D:D:D owszem, owszem..:)

aaaaaa...jutro też napiszę o tym, że pech powoli ode mnie odchodzi ( dzięki Bogu)!:)

kisssssssseeeeeeesssssss...:):*:*:*:*

środa, 20 stycznia 2010

...strange mood...strange day...ale z uśmiechem:)

hahahaha...dziś postanowiłam napisać bloga zainspirowana przez Karolinę...:) (http://tureckie-erasmusowanie.blogspot.com/)

Ostatnio jakiś dziwny humor...ale wiem dlaczego więc jakoś się nie przejmuje specjalnie;p

No, ale dziś na serio nawkurzałam się tyle, że juz nie apmiętam kiedy ostatnio użyłam tylu przekleństw w jednym dniu...;p:)

No bo tak...cały dzień słuchania o tym, że egzamin, że co zrobimy, jak nie zdamy...i ble ble ble...później owy egzamin...no a później jakaś śmieszna konferencja, z której nie wyniosłam NIC! oprócz dyplomu, za konferencję poprzednią, a tylko straciłam czas i obecność na zajęciach, sto razy bardziej interesujących, u Cathryn!;/ aaaaaaa...i w międzyczasie miałyśmy rozmowę z Fernando, na temat naszego egzaminu z TIC...;/ offffffffffffffffffff.....!

Ale jest też coś mega pozytywnego, ale jak na razie nie rozgłaszam, żeby nie zapeszyć...:D niby jest na 100 procent, ale kto to wie...;p

Egzamin....uffffffffff...dowiedziałyśmy się tydzień temu...ale o tym, już chyba pisałam, więc powtarzać się nie będę..;p Poszło FATALNIE...!!!!! zresztą nie tylko nam, ale wszystkim studentom! pytania nie były zrozumiałe, odpowiedzi podobne...ludzie wyszli załamani...! My z Marteczką ( moje spojrzenie na świat:*!) pogodziłyśmy się z tym, że no raczej 26 na 40 trafić nam się nie udało, więc pogodziłyśmy się z porażką!:D i nawet nas to śmieszyło...no bo, co miałyśmy płakać nad rozlanym mlekiem? Będziemy płakały jak naprawdę się okażę, że nasz zakręcony Ricardo nie da nam wpisu...;p Ludzie nam mówili, że się uczyli i też nic z tego...ehhhh...mamy nadzieję, że słowo "Erasmus", naprawdę, otwiera wszystkie drzwi..:D:D:D

Rozmowa z Fernando...postawił kawę...coś tam pobręczał, że mamy za mało obecności ( no raczej nie mogłyśmy mieć wszystkiego, skoro praktycznie w październiku nie chodziłyśmy;/!) no i stanęło na tym, że napiszemy jeden egzamin w 3...;p Bajka...naturalnie, że się zgodziłyśmy...ale czeka nas weekend z Nowymi technologiami stosowanymi w pedagogice! noooo...naprawdę bardzo przydatny przedmiot, zwłaszcza, że praktycznie nikt na nim nie uważał...;p myślałam, że tylko w Polsce są przedmioty tego typu, ale jak widać, studenci na całym świecie( a przynajmniej w Europie) są zmuszeni do chodzenia na przedmioty w stylu "niepotrzebny do nieczego";/ no cóż...materiał trzeba przerobić...a niemało tego i w środę pięknie iść i zaliczyć!:) a jeśli nie...no jak na razie nie bierzemy tej opcji pod uwagę...;p zwłaszcza, że Fernando wygląda na takiego, który chce zaliczyć każdemu...oby...!!!!!

Po egzaminie przyszło nam spędzić ponad 2 godziny na jakimś śmiesznym wykładzie na temat kina! Tak w sumie to poszliśmy tam dla dyplomów, które mieliśmy otrzymać za udział w bloku konferencji orgaznizowanym przez Ricardo. Ehh...miało być od 18 do 19, póżniej dyplomy i do domku! Ale, oczywiście, poszło nie tak! od 18 do 18.50 próbowaliśmy uruchomić jakiś film, tylko po to, aby obejrzeć jego 5 min...;/ jak się w końcu udało ( po zmainie sali, złamaniu okularów- hahaha- pana wykładowcy i dwukrotym zrzuceniu głośników) przez kolejne 40 min słuchaliśmy jak pan wykładowca czyta coś tam o kinie, no i później kolejne 10 min filmu! grubo po 19 otrzymaliśmy swoje upragnione dyplomy ( nie wszyscy, bo biedna Marteczka i Marysia nie dostały) pojechałyśmy do domku..:) ehhh...co my się nawkurzałyśmy, najoderowałyśmy, itp...;p

No, ale pozytywne rzeczy to, to, że np.ten głupi egzam za nami ( zdany czy też oblany, ale za nami) i że z prezentacji Para a Paz dostałyśmy 7...:D nie wiem, co prawda, na ile, ale 7 bardzo mnie satysfakcjonuje..:D teraz jeszcze się zrobi scenariusz na ten przedmiot i nara! zaliczone!

Przed 21:00 byłam w moim kochanym mieszkanku...:) zjadłam na kolacje kupioną po drodze bagietkę ( matko jak ja będę za tym tęskniła w Polsce!:(!!!) no i zrobiłam sobie pyszną jajeczniczkę:)

Najedzona pokonwersowałam troszkę z uczącą się Albą i ściemniającymi chłopakami:) no i tak gadamy ( Luis, David and me..), siedząc ( David), stojąc (Luis), leżąc (ja), oczywiście o tym kto jest guapo ( przystojny) kto guapa (ładna), a kto nie..;p

No i w pewnym momencie David, mój uroczy, mnie pyta "Ania...a Ty jesteś bardzo religijna nie?" na co ja zdziwiona ( no bo po pierwsze- co to za pytanie; po drugie- raczej nie na teamat; a po trzecie- skąd taki wniosek?) "że bardzo to chyba nie! tak normalnie! a dlaczego?" i wtedy padła odpowiedź: "no bo jak tu jesteś to nie miałaś żadnego faceta w pokoju!" ( z myślą " z nikim się nie przespałaś na Erasmusie") hahahahaha...no ja myślałam, że padnę:D W życiu się nie spodziewałam takiej odpowiedzi! zaczęliśmy się śmiać...no bo, co miałam odpowiedzieć?:) ehhhh...BOYS!!!!!

No, ale oczywiście poprawili mi humor!:) chwała im za to, że są!:)

A tak w ogóle to moje kontakty z dnia na dzień stają się lepsze! tzn. nigdy nie były złe!!!! ale teraz mogę więcej im powiedzieć, mogę żartować z rzeczy, z których wcześniej nie mogłam, itp...szkoda tylko, że już niedługo będę musiała stąd wyjechać...:(:(:(:(:(:(:(:(:( boję się odliczać dni...już same wystarczająco szybko lecą!:( masakra!!! Javier dziś kochany, przyszedł do mnie, zapytał jak egzamin, pogłaskał po plecach jak tata...:) no jak tu ich nie uwielbiać?:) Alba oczywiście zaoferowała pomoc, bo mam coś do zrozumienia w gallego, a nie wszystko czaje...chłopcy mi humor poprawili...no są CUDOWNIIIIIIII!!!!!!

aaaaaaaaaaa...a David bałaganiarz i syfiasz ( ale tak dosłownie!!!) jak nie wiem co, okazał dziś mega eforię, gdy go poinformowałam, że jutro tzn dziś;p mam zamiar posprzątać. Użyłam słowa wszystko, ale oczywiście nie mam najmniejszego zamiaru myć jego, stojących od tygodnia, naczyń:). Mówiąc wszystko miałam na myśli kuchnię ( bez mycia naczyń;p), łazienkę no i salon, który już naprawdę tego potrzebuje!!! Stwierdziłam :"David co Ty zrobisz jak ja wyjadę?" na co David "To będzie mierda ( do dupy!)":) poczułam się doceniona...hehe..:) naturalnie Luis słysząc, że David WSZYSTKO sprząta ( żart, którym zarzucił podczas konwersacji ze mną;p) wybuchnął śmiechem:D hahaha...poszłam do niego i zapytałam z czego się śmieję i jak może nie zauważać tego, że David ZAWSZE i WSZYSTKO sprząta...hahaha:) czyli powszechnie znane jest w naszym mieszkaniu bałaganiarstwo pana D.;p

Ehhh...jest 3.15 w nocy..:) muszę jeszcze zrobić malutką rzecz i mam nadzieję, że o 4 będę już słodko spała..:) ale mogę dziś leniuchować ile mi się chcę...bo już weekend...:D:D:D ehhh...jak dobrze! i tylko 3 dni na uniwerku..:)

idę...do następnego posta...:)

pozdro i besos..:*:*:*:*:*:* 

piątek, 15 stycznia 2010

zaczynam sobie przypominać co oznacza czasownik "uczyć się"...;p

Dzień 15 stycznia 2010...offfff...pamiętam dzień 1 a tu już 15..;/ dlaczego to tak szybko leciiiiii???????????

no nic...dziś postanowiłam napisać, bo po 1: tydzień nie pisałam, po 2: mi się chcę, a po 3: troszkę moje erasmusowe życie ulegnie zmianie w ciągu kolejnych kilku dni ( mam nadzieję, że nie tygodnii....Dios mio!!!!!).

Mianowicie muszę na serio!!!! zacząć się uczyć! i z jednej strony się cieszę, bo jak Javier dziś powiedział, "nie wyjadę stąd głupia!", a poza tym fajnie sobie przypomnieć, po niemalże 4 miesiącach lenistwa, co tzn. uczyć się;p...no i hiszpański, chcąc, nie chcąc zrobi kilka kroków naprzód..:)

Więc zaczęło się od wczoraj! Nasza profesor od Psicologia comunitaria (Ricardo Garcia Mira), gdy poszlismy do niego "zdawać egzamin" stwierdził, że z tego co przeczytaliśmy mamy zrobić prezentację, ale na egzamim, taki dla wszystkich, i tak musimy przyjść!!!!! Myślałyśmy, że padniemy jak to usłyszałyśmy! Po pierwsze: nie tak się z nim umawiałśmy, po drugie: nie mamy absolutnie żadnych notatek, po trzecie: niepotrzebie spędziłyśmy czas na czytaniu tego co nam dał twierdząc, że z tego nam właśnie egzamin zrobi, a po czwarte: o egzaminie, zwłaszcza w innym języku!!! fajnie byłoby wiedzieć kilka tygodni wcześniej, a nie, tak jak w naszym przypadku, kilka dni...;/ no cóż...opuściłyśmy gabinet Ricardo ( bo jak pamiętacie w Hiszpanii do profesorów mówi się na TY) mega wkurzone, nie wiedzące co ze sobą zrobić i kompletnie rozbite psychicznie...matko, ale to brzmi:D:D:D no ale taka jest prawda no!!! bo jak się wie o egzaminie od początku to się na niego przygotowuje...przynajmniej psychicznie...;p a tak? my myślałyśmy, że będzie luzik z tym przedmiotem, a on wyskoczył z egzamem!grrrrr....;/;/;/;/

Tak w sumie to jestem pewna, że i tak zaliczymy ten przedmiot, ale co sobie człowiek nerwów napsuje zamiast cieszyć się ostatnimi dniami wolności...hehe:D offfffff...( offff- ekspresja pochodzenia tureckiego mająca wyrażać polskie nieeeeeee...;p!) no cóż...weeken trzeba się pouczyć iść, usiąść, pytania przeczytać i co się będzie wiedziało się napisze co nie- się śćiągnie ( bo to test więc łatwo..hehe;p!) bądź też strzeli...:);p będzie dobrze...mam nadzieję:)

A póżniej czekają nas jeszcze egzaminy z Servicios Sociales, Genero y Educacion oraz Nuevas technologias aplicades en educacion...ehhh..:) Vamos a ver...( zobaczymy...)

Dziś miałam jakiś taki niefajny dzień...yhm, yhm...na koniec poprawiony przez mojego uroczego współlokatora Davida...:);p ale wstałam już lewą nogą, wycieczka z ww. profesorem jakoś mnie nie cieszyła, więc siedziałam przy oknie naburmuszona na cały świat! nienawidzę takich dni, no ALE...

Jak się później okazało excursion (wycieczka) bardzo trafiona! Pojechaliśmy na Costa de Morte (http://en.wikipedia.org/wiki/Costa_da_Morte) tam byliśmy w ośrodku dla osób niepełnosprawnych fizycznie i psychicznie, a później zwiedziliśmy Torre de Allo (chyba tak się to nazywało;p) w każdym razie stary budynek, który kiedyś służył jako dom. Widzieliśmy proces pieczenia chleba np...:) Poźniej pojechaliśmy w dalszą drogę po to, aby dowiedzieć się kilka słów o Dolmen de Dombate (http://www.google.pl/search?hl=pl&q=dolmen+de+dombate&btnG=Szukaj&lr=&aq=f&oq=). Jak sami możecie zobaczyć w linku...kilka kamienni na krzyż...kiedyś miejsce kultu dla pewnych ludzi, zawsze w słońcu, miało 4 m wysokości, obecie z racji osuwania się ziemii ma może z metr...no mniej więcej to powiedział nam przewodnik, z którym później udaliśmy się na ruiny zamku! Wiało STRASZNIE i w ogóle padało, więc niefajnie nam się stało, ale na szczęście nie byliśmy w Polsce( gdzie wszystko musi dziać się krok po kroku i zgodnie z zegarkiem;/!) i wystarczyło 10 min. konkretnych informacji i nasz komunikat, że już nie chcieliśmy tam stać no i poszliśmy:)

Zgadnijcie gdzie...??????:D:D:D:D taaaaaaaaaaaaakkkkkkkkkkkkkk...na jedzenie...hahaha! ( Pani Krysiu- mamo Karoliny- pozdrawiam:):*!!!)...no kurcze wiem, że dużo piszę o jedzeniu, ale WIERZCIE MI, że dla Hiszpanów to mega ważne!!! hehe...chwilami śmiejemy się z dziewczynami, że przyswoiliśmy już torszkę hiszpańskiej natury mówiąc o tym, co ugotujemy przy następnym spotakniu! Ale to też dlatego, iż przekonałam się, że gotowanie, pieczenie i ogólne "kuchcenie" sprawia mi mega wielką radość! Naprawdę to lubię zwłaszcza, gdy słyszę te wszystkie miłe słowa pod moim adresem, gdy znajomi zajadają się kurczakiem, ciastem czy kokosowymi kuleczkami:);p

No więc do rzeczy...comida ( jedzenie) składała się z: zupy ( caldo- typowa galicyjska zupa z kapusty ziemniaków), dania drugiego: mięso ( żeberka lub kurczak), chorizo (http://pl.wikipedia.org/wiki/Chorizo), ziemniaki i warzywa deseru z kawą ( coś w stylu naszej chałki, ale w bochenkach jak chleb, mega dobre!) , a wszystko zakończone różnymi rodzajami likieru:):D:D:D! do picia podano wodę oraz wino! no byłyśmy z dziewczynami w mega szoku jak to zobaczyłyśmy! Oczywiście jedzenie w restauracji, bardzo smaczne i do oporu! pomiędzy obiadem a deserem podano popielniczki ( wiadomo Hiszpanie- palacze) i studenci ( zaznaczam, że w Hiszpanii zaczyna się studia szybciej, więc oni mają po 20 lat) palili przy profesorach bez żadnego skrępowania czy zastanowienia się! Likier był pyszny...;p ciasto również...no wszystko mega pozytywnie!

Nie mogłam się nadziwić, zwłaszcza, że to zupełnie inny obraz wycieczki niż w Polsce! zero jakiegokolwiek odliczania czasu, a pomimo tego wszyscy zorganizowani, nikt się nie zgubił, wszyscy byli na czas ( no oprócz Marta przed wyjazdem...hehe;p!), zero pośpiechu, przewodnik konkretny, dosłownie kilka zdań na każdy temat i ten posiłek...! aaaaaaaaaa...zapomniałam dodać czegoś bardzo ważnego i równie odmiennego od Polski...za cały ten dzień nie zapłaciliśmy ANI GROSZA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! wszystko sponsorował uniwersytet!!!!(http://www.udc.es/principal/ga/) ehhh..no i jak tu nie kochać Hiszpanii...no powiedzcie jak????:D:D:D zobaczyliśmy morze, piękne plaże i zostałyśmy zaproszone przez Ricardo do jego weekendowego domu przy plaży!:) jak stwierdził ( Mój dom jest waszym domem) a nam powiedział, że latem możemy do niego zadzwonić i ona nas weźmie i będziemy sobie tam mieszkały za free...:) hahahaha...:D:D taaaa...zapewne z tego skorzystamy! ehh...Hiszpanie!:)

Dzień zaliczam do udanych...aaaaa...no i jak wróciłam oczywiście konwersacja z D. poprawiła mi humor...:) no nic...miałam robić prezentację, ale chyba już mi się nie chce!;p jutro po przyjezdzie z zakupów tym razem z Dominiką:) ale zgodnie stwierdziłyśmy, że trzeba się uwinąć, gdyż nauka czeka:)

Idę więc spać...iyi geceler( turecki), napte buna ( rumunski), buenas noches ( hiszpański), Good night ( angielski), a to wszystko to, po prostu, Dobranoc!!!!:):*:*:*

p.s. dzień 16 stycznia od 40 min....

czwartek, 7 stycznia 2010

Bilety, tickets, billetes...dom, home, casa...;p

no cóż...stało się...przyszedł ten moment...ten dzień...i bilety do domu kupione...! i tak w sumie to się cieszę, bo mam już problem z głowy...nie muszę myśleć, kombinować, zastanawiać się...itp...kupione, zapłacone, jak to mówią "co z głowy to z myśli":D ale z drugiej strony...znam już dokładną i na 99 procent nieodwołalną datę wyjazdu z miejsca, które jest dla mnie tak strasznie ważne, fajne i w ogóle...:(:(:(

Oczywiście bilet kupiony dzięki Domi i małej pomocy Kuby...:D bo miałam sto pytań do...z racji tego, że oni są światowi ( zresztą nie tylko im głowę zawracałam moimi pytaniami...;p;p;p Filip dzięki..:)!), a ja nie...;p no i Domi usiadła na 5 min, i za chwilę miałam bilet do domu wybrany....hahaha...:D jak to dobrze mieć w okół siebie takich ludzi...nie dość, że mega fajni to jeszcze pomocni...DZIĘKUJĘ DOMINICZKO..:*:*:*:*

Więc moja podróż zacznie się 22.02 rankiem, gdyż tego dnia będę już musiała wyjechać z Corunii do Barcelony! po 15 godzinach jazdy dotrę do Barcy, tam przetaszczę się na lotnisko i do 9 rano następnego dnia będę czekała na odprawę itp...:) jakoś to zleci...przynajmniej tak myślę...taką mam nadzieję...:D:D:D e tam...po tym półrocznym pobycie tutaj lotnisko to pikuś...haha..:D bilet easy jet z Barcelony do Berlina (42,99 euro), a póżniej bus z Berlina (prawdopodobnie ok 110 zł.) do...jeszcze nie wiem...;p moje kochane Gniezno lub mój studencki Poznań! ale to już nieważne...:D ufff...i będę w Poloniiiiiiiiii...po 5 miesiącach...:)

No a dziś pierwszy dzień rebajas (przeceny) więc od godz 10.30 do ok. 17.30 buszowałyśmy z dziewczynkami po sklepach...:D było faaaaaaaajnie, owocnie ( a to najważniejsze!), ale męcząco...;p dziś pójdę spać jak normalny człowiek czyli ok. 1.00:) kupiłam torebkę, bluzkę, 2 pary spodni i takie tam duperele...:) ogólnie jestem bardzo zadowolona...:D

Jutro obiadek szykujemy, gdyż obiecałam naszej Turczynce kurczaka...:D:D:D mam nadzieję, że będzie rico (pyszny)! no nic...trzeba iść spać!

aaaaaaaaaaa...jeszcze tylko opowiem sytuacje płacenia za moje piso raro(dziwne mieszkanie)! Pytam wczoraj Albę ile mam zapłacić, za mieszkanie ( mieszkam już 4 miesiąc i nie zapłaciłam ANI pół euro...haha) ona nie wie..;p no to pytam Javiera...on też nie wie...;p ale jak powiedziała, że naprawdę muszę to wiedzieć no to policzył: 4 miesiące po 130 euro ( ze wszystkimi rachunkami naturalnie:D:D:D!) plus internet ponad 30, ale stwierdził "Ania, dasz mi 30 euro będzie ok"! no ale przecież będę tu 5 miesięcy???? no to odpowiedż brzmiała "za luty dasz nam tyle ile uważasz" hahaha...no i jak tu ich nie kochac nooooooooo???????????:D ehhhh...jestem fuksiarą...tato po raz nie wiem który przyznaje Ci rację w tej kwestii...:*:*:* ehhh...ahora verdad...me voy a dormir...

iyi geceler todos...:):*:*:*

wtorek, 5 stycznia 2010

Stary Rok...Nowy Rok...:D

Dziś 5 dzień Nowego Roku...ehhh...!!!! a ja jeszcze pamiętam cudownego Sylwestra, jakby to było wczoraj!:D

Było IDEALNIE!!!! Najfajniejsi ludzie ( brakował Domi i Andreea, ale były z nami duchowo...jestem pewna...;p!), najfajniejsza atmosfera, najfajniejsze miejsca...tak to widziałam! najpierw mini party, no które oczywiście większość się spóźniła, później szampan, confetti i winogrona na ławce przy Torre de Hercules...ponownie mieszkanie dziewczyn, później Orzan...no i czekolada z churros!!!!:D Impreza do białego rana, tańce, zabawa, radość, wygłupy, żarty...jeśli tak będzie wyglądał cały mój rok to 31.12.2010 powiem, że byłam najszczęśliwszą osobą na ziemii...:D:D:D kocham moje hiszpańskie ludki, kocham to miejsce, wszystko co tu robie...kocham Erasmus!!!!!:D:D:D:*:*:*

Dziś pochmurno...ale wczoraj i przedwczoraj pogoda była tak piękna, że aż nie mogliśmy w to uwierzyć!!!całe dnie spędziliśmy spacerując!:D

W niedzielę zdobywałyśmy Torre z Beatą, Maeteczką i Asią, która opuściła nas po godzinie. Zrobiłyśmy sobie sesję zdjęciową bawiąc się przy tym mega dobrze! Narobiłyśmy ok. 300 zdjęć po to, aby wybrać te najlepsze...hmm..okazało się, że prawie wszystkie są najlepsze...:D:D:D póżniej był obiadek u Marty, kościół i herbatka u mnie...:):)

Wczoraj wybraliśmy się (ambitnie;p!) na dluuuuuuuuuuuuuugi spacer! ale to już większą ekipą: Merve, Serkan (chory, ale mu nie odpuściłam;p), Baris, Maja, Beata, Marta i ja! Wybraliśmy się na Santa Cristina...podobno najpiękniejsza plaża w A Corunii! droga była naprawdę długa...ponad 2 godziny w jedną stronę:D ale pogoda bardzo nam dopisała, więc oprócz chorego Serkana i Merve nie było za dużo marudzenia! Zweidziliśmy zupełnie inną, daleką część Corunii:) było jak zwykle wesoło, zwłaszcza jak tureccy chłopcy, swiom zwyczajem, robili sobie "narcyzstyczną" sesję na plaży...haha!:D bez ich zdjęć ("teraz ja chcę", "teraz ja!") jakiekolwiek wyjście, wycieczka itp. nie byłaby do końca udana...haha:D no cóż...niech żyją nadal w swojej słodkiej nieświadomości, a my wiemy swoje mężczyzna zawsze jest tylko mężczyzną...hehe:D uwielbiam naszych tureckich przystojniaków!!!!!:D

Droga na Cristinę była naprawdę długa więc postanowiliśmy wrócić busem ( ale tylko z racji tego, że nie wszyscy się dobrze czuli!). Chłopcy w autobusie wyglądali jak pijani, tak im się chciało spać..haha:D Mieliśmy jeszcze zamiar robić u mnie tortillę mega wypas, ale nie mieliśmy siły! Poszliśmy więc na tapas ( paluszki krabowe..ymmmmm..PYCHOTA!!!!)...nawet nie chcę teraz o tym myśleć!!! objedliśmy się tak, że już dawno nie czułam się tak pełna jak wczoraj (2,8 Euro) Nawet herbaty w siebie nie wcisnęłam wieczorem! Jeszcze Marteczka posiedziała u mnie do ok 22...i dzień z MOIMI się zakończył:) położyłam się do łóżka ok 24, gdyż naprawdę byłam zmęczona i pewna tego, że nie będę miała problemów z zaśnięciem! niestety...o 1. ponownie włączyłam, na 10 min, komputer, a później był kubek gorącego mleka i "Crepusculo". Ok. 3 zapadłam w sen...bez komentarza...!!!!! NIENAWIDZĘ bezsenności...;/;/;/ to gorsze niż myślałam...offffffffffffff....!!!!!!

O 15.00 ponowne spotkanie  z wczorajszą ekipą. Dziś robienie tortilli, na którą wczoraj zabrakło sił:D będzie mega wypasiona (tzn. takie mamy plany;p). Szczerze to nasz pierwszy raz z tortillą...no, ale optymistycznie patrzymy w przyszłość! po przygotowaniu TAKICH świąt nic nam niestraszne...;p;p;p

Ehhh...a co do Nowego Roku...????? niby trzeba mieć plany, coś sobie postanowić, na coś liczyć...ale ja nie wiem czy takowe posiadam na dzień dzisiejszy...:D myślę sobie, że jeżeli ten rok będzie taki jak 2009 będę naprawdę szczęśliwa! poprzedni przyniósł mi więcej niż oczekiwałam...mam prawo jazdy, jestem w Hiszpanii ( a to było moje największe marzenie!!!!), mam w okół siebie PRZECUDOWNYCH ludzi ( w Polsce i tutaj!) i czuję się naprawdę SZCZĘŚLIWA!!!!! czego można chcieć więcej?? noooo...może poza licencjatem, pracą, własnym samochodem, wycieczką do Turcji, do Rumunii...itd...hahaha:D:D:D:D

Zobaczymy co się spełni, co nie...oby nie był gorszy od tego!!!!!!!!

aaaaaaaaaaaaa...by the way...doszłyśmy, wczoraj, do wniosku z Marteczką, że są pewne marzenia, których spełnienia nie oczekujemy...są tylko i wyłącznie marzeniami...i to też jest fajne!!!!:D

p.s. niedługo trzeba kupić biety do domu!!!!!:(:(:( kilka osób już takowe posiada...a mi na samą myśl chcę się płakać...bo to naprawdę oznacza koniec mojej najfajniejszej przygody w życiu...:(:(:( i choć zaczynam tęsknić...do domu mi nie śpieszno..:)

KOCHAM WAS rodzinko i kocham wszystkich, którzy mnie tam w Polsce wyczekują..:*:*:*