poniedziałek, 1 marca 2010

...Polska, Polonia, Poland...

...ehhhh...tydzień temu ryczałam na stacji autobusów, gdyż były to moje ostatnie chwile z NIMI!!!!:(

Minęło 6 dni od kiedy jestem w domu...i nie ma dnia, ani nawet godziny, żebym nie pomyślała "ciekawe co teraz robią w Corunii?":) ehhh...tak bardzo chciałabym tam wrócić! W Spaniiii życie po prostu się toczyło, nie musiałam zastanawiać się nad tym, gdzie powinnam iść, co powinnam zrobić, sprzątałam kiedy chciałam, jadłam kiedy chciałam, żyłam jak chciałam...teraz? Reguły, muszę to, muszę tamto, wypada to, nie wypada tamto, a co inni powiedzą...i to BEZNADZIEJNE I DOPROWADZAJĄCE do szału "no muisz się przyzwyczaić!" tam było taaaaaaaaaaaak fajnie...!!!

no, ale moja podróż powrotna była ciekawa i udowadniająca mi, że mogę zrobić wszytsko i znieść wiele, więc troszkę opowiem!

Pakowanie...zaczęłam w sobotę z pomocą Bożą i Dominiczkową jakoś poszło!:) matko co ja bym tam zrobiła bez Domi to nie wiem! na serio! ona była moją jedyną nadzieję na spakowanie walizki...:) w poniedziałek przed wyjściem z domu obstawiali ile będzie ważyła...nikt nie zgadł...jak włożyliśmy ją na wagę na stacji autobusów okazało się, że 12 kg nadbagażu...;o;o;o;o;o;o myślałam, żę padnę tam trupem! ale coś tam powyciągałam i pojechałam z nadbagażem ok 29 kg...cóż...miałam 17 godzin na zastanowienie się co wyciągnąć na lotnisku..;p

Podróż autobusem to była decyzja the best!!!! ryczałam, spała, słuchałam muzyki...i tak w kółko! minęło bardzo szybko!

Wysiadłam na Barcelona Sants z rozwaloną( już w Corunii urwała się rączka do noszenia i do trzymania, gdy się ciągnie) walizką, dwoma reklamówkami, laptopem i mega ciężkim bagażem podręcznym! O dziwo wysiadłam z autobusu o 7:05 i na mojej twarzy zagościł uśmiech! Byłam w moim magicznym, ukochanym mieście Barcelonie!!!!!:D:D:D

Przedostałam się na Sants, które było bliziutko, kupiłam bilet na bezpośredni pociąg ( 3 euro), przedostałam się przez kilkadzisiąt schodów (dzięki temu kto wymyślił ruchome schody!), wsiadłam do pociągu i po jakiś 15 min wysiadłam na lotnisku! było ciężko z tym wszystkim, ale dałam radę! Choć w pewnym momencie już nie miałam sił!!! myślałam, że usiądę i zacznę ryczeć, gdy okazało się , że mój terminal jest na samiutkim końcu..:(:(:( Jakiś przystojny facet chyba zauważył, że ledwo żyje i zaproponował pomoc! dzięki mu wielkie, bo przeszedł ze mną 2 terminale, a żeby dostać się na 3 wzięłam już wózek, którego wcześniej nie znalazłam...;/ i przedostałam się tam gdzie być powinnam:) no to zaczęło sie przepakowywanie: co założe na siebie, co do podręcznego, a co można wyrzucić...jak już upchnęłam wszystko i poszłam nadać walizkę okazało się, że wciaż mam 6 kg nadbagażu. Wzięłam ją, coś tam wyrzuciłam...i ostatecznie zostałam odprawiona z 5, 5 kg nadbagażu..;p tak, tak wiem...mój fuks ponownie o sobie przypomniał.

Póź niej odprawa, rozbieranie się ze wszystkiego co na sobie miałam, a było tego dużo:D, wyciąganie laptopa, itp. no i obeszło się bez problemów.:) ostanie drzwi...modliłam się, aby pozwolili mi przejść z laptopem osobno, a nie, jak być powinno w bagażu podręcznym! Moje modlitwy zostały wysłuchane! Bez problemów zostałam wpuszczona na pokład spóźnionego samolotu! EASY JET THE BEST!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!:D:D:D:D

Potem był lot, ok. 2 godz i wylądowałam w Berlinie, gdzie czekało na mnie bardzo miłe powitanie!!!!!:D

Wieczorem zawitałam do domku...mama przywitała mnie płaczem radości, a reszta mocno wyściskała:) Po rozdaniu prezentów, które na szczęście bardzo sie podobały zasiedliśmy do uroczystej kolacji..hehe:) i były tulipanki na powitanie..:)

No i od środy rana biegam...non stop...Poznań, uczelnia, spotkania, odwiedziny, maile, oczekiwanie na wyniki z Hiszpanii...i tęsknota!!!!!! bardzo duża tęsknota za tym, co zostawiłam w A Corunii!

Za 5 miesiącami pełnymi wrażeń, wyzwań, sprawdzania siebie, pełnymi przecudownych znajomych, imprez, spotkań...za życiem, które odpowiadało mi w każdym, nawet najmniejszym szczególe...ehhhh...!!!!!!!!!!

Dzięki wszystkim za wszystko..:*:*:*

A teraz? Nowe wyzwania, licencjat do napisania, praca do poszukania...itp....ale...mam nadzieję będzie ok..:) tzn. wiem, że będzie...musi...:) w końcu jakoś inni przeżyli po Erasmusie nie?:) dobra...idę pokazywać zdjęcia po raz, nie wiem który!:)

czwartek, 18 lutego 2010

...karnawał, egzaminy...i zbliżający się koniec....

Co do poprzedniego posta to miałam wyjaśnić kilka spraw, więc wyjaśniam!

1) orejas...słodycze w kształcie uszu, z czego wywodzi się nazwa (orejo- ucho). Naprawdę typowe dla Hiszpanii, bo nawet nie potrafię opisać co to za ciasto. Ni to francuskie, ni to takie jak na faworki...nie wiem! no, ale w każdym razie jakoś tam szału smakowego nie ma!;p 1 Euro kosztowało mnie spróbownie kolejnej hiszpańskiej tradycji:)

2) fijoas...również typowe dla Hiszpanii, ale tego już nie spróbowałam! Widziałam i wyglądały jak nasze polskie naleśniki, więc doszłam do wniosku, że nic specjalnego to to nie będzie.

3) karnawał...ehhh...w Hiszpanii naprawdę widać, że to karnawał!:D:D na ulicach mnóstwo poprzebieranych ludzi, ale o tym już pisałam. Co do wtorku-ostatniego dnia karnawału. Oprócz tego, że ok. godzi 19:30 dostawałam białej gorączki, gdyż nie mogliśmy się zgrać, to później było naprawdę fajnie:) Parada...hmmm...myślałam, że po prostu grupa ludzi przejdzie przez ulicę i na tym się skończy..ale nie!!!:) pozytywnie się zaskoczyłam! Mianowicie w parku, w centrum miasta została postawiona scena, na którj, oprócz śpiewów od czasu do czasu, odbyłam się konkurs na najlepsze przebrani w różnych kategoriach! Chętnych na nagrodę było naprawdę mnóstwo od dzieci, po starszych ludzi! niesamowite!!!!:) a my chodziliśmy i robiliśmy sobie zdjęcia z przebierańcami:) było naprawdę fajnie! Nawet Alina została porwana do tańca z rycerzem na środku ulicy..:) a parada wyglądała tak, że grupki poprzebieranych ludzi(czarownice, czarodzieje, pielęgniarki, policjanci, itp), z całym swym sprzętem różnorakim przechodziły się po ulicach tańcząc, śpiewając, śmiejąc się i ogólnie robiąc mnóstwo hałasu...:) baaaardzo fajnie!:) naprawdę poczuć można było, że to karnawał!:)

Ok. 22 zebraliśmy się do domku, bo naprawdę było zimna, a Sezgin, Serkan i Baris w swoich letnich kurteczka juz prawie byli zamarznięci;/ moje rękawiczki troszkę ich poratowowały, ale i tak zamarzali! 

Chcieli mnie naciągnąć na zrobienie im czegoś do jedzenia, ale w końcu wyszło tak, że to oni przygotowali dla mnie jedzonko..hehe..:) poszliśmy do Open cor'a (otwartego każdego dnia) kupili chleb, bo bez tego nie potrafia jeść i pospacerowaliśmy do mieszkania Serkana - pierwszy raz tam byłam:)

Sezgin nawet się z kurtki nie rozebrał i już usiadł do jakiegoś wypasionego play station i zaczął grać w nogę, a chłopcy dzielnie gotowali:) po pół godzinie na stole znalazł sie pyszny makaron z warzywami:) mniam, mnim...niby nic, a jednak! na Erasmusie z odpowiednimi ludźmi wszytsko smakuje wyśmienicie:)

no i tak nam zleciało do ok. 1:oo w nocy:) siedzieliśmy gadaliśmy, graliśmy w nogę! szczerze powiedziawszy to oni grali a ja byłam uczniem i kibicem! Naturalnie nie omieszkałam spróbować swoich sił, jak się okazało marnych-tak jak przypuszczałam zresztą:);p ale Baris dzielnie próbował mi wyjaśnić do czego służą dane przyciski i ile jest rodzajów podań..:) było śmiesznie i, jak zwykle z nimi, bardzo miło!

Wczoraj cały dzień spędziłam z Asią i Martą, dla której ten dzień był tutaj ostatnim:( najpierw uczelnia, załatwianie reszty dokumentów (oczywiście tych najważniejszych nie mamy, gdyż przyślą nam dopiero w marcu;/;/;/!), później biblioteka i książki oraz artykuły na licencjat (poszukiwania zakończone sukcesem), zdjęcia przy drzewie cytrynowym i kiwi..:D no i pożegnaliśmy się z uniwersytetem! Spacerkiem (ponad godzinę, w ramach oszczędności) wróciliśmy do domku! Niestety przyszło nam się toczyć, aż na drugi koniec A, La Corunii, gdyż tam właśnie mieszkają dziewczyny, a ustaliliśmy, że obiadek u nich!:)

Opłacało się...makaron z sosem pomiedorowym, cebulką, pomidorem oraz żółtym serem wyszedł pierwszorzędnie:) Cały czas zastanawialiśmy się co zrobić i Martą, jej bagażem i kwestią dostania się na autobus! Miała spać u mnie, później miała tylko dostaryczyć do mnie bagaże i spać u siebie, a na końcu wyszło tak, że razem z bagażami została u siebie:)

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAA...mega ważna kwestia wczorajszego dnia!!!!! bowiem....ZDAŁYŚMY egzamim u Ricardo! a ja nawet na 4...:D:D:D nasza radość była nie do opisania! Ten egzam był najgorszym, najgłupszym i najbardziej stresującym, ale gdy wczoraj zobaczyłam wyniki cały kamień spadł mi z serca!!!!!:D:D:D:D fakt faktem nie mam jeszcze 2 wyników, ale zdane jest na 99 proc., więc tym już się nie martwię:) ufffffffffff...:):):):) ulgę czuję do dziś...lalalala...hahahaha..:D:D:D I PO SESJI!!!!!!!

Dziś pobudka po 8, spacerek do hotelu (nh Atlantico) spod którego Marta odjeżdżała do Santiago na lotnisko, póżniej śniadanie z Asią, no a teraz ściemniam!:)

Tak w sumie to powiennam sie zabrać za przeglądanie wypozyczonych ksiżek, ale jakoś nie mam nastroju..;p pewnie za 2 godzinki znowu wleci Asia z kupionymi dla mnie ciasteczkami, a ok. 20 idę do chłopaków zrobić obiecany borek:) czyli zapowiada się symaptyczny wieczór:)

offfffff...od jutra zaczynam pakowanie...aleeeee wciąż mam cały dzień, więc...;p

aha....podobno słowo borek odmienia się: kto? czego? borekA, a nie boreku...hehe:) przepraszam za błędy w ostatnim poście, Karolino dziękuję za uświadomienie mnie..:)

no, to idę...zrobić coś do jedzenia i obejrzeć kolejny odcinek najlepszego z najlepszych polskich seriali komediowych "39 i pół" a licencjat??? może trosinkę później?:P 

poniedziałek, 15 lutego 2010

...postowy misz masz..:)

ehhh....od czego by tu zacząć...???? nie pisałam tylko 5 dni, a duuużo się tego uzbierało! no, ale...

czwartkowy egzamin napisany...poszło nawet gładko, ale wyniki dopiero za tydz...bądź też 2...;/ nie rozumiem jaki problem mają niektórzy profesorowie, żeby sprawdzić egzamin 4 Erasmusom ! Chciałybyśmy jechać do domu znając wszystkie wyniki! ale co zrobisz...Hiszpanie nigdzie się nie śpieszą (hmm...widziałam tu może 4!!!!! biegnących ludzi, którzy wyglądali na takich co się śpieszą!), ale niestety, nie w każdym przypadku jest to pozytywna cecha! no cóż, na 90 procent zdałyśmy ten egzam, więc nie przejmujemy się za bardzo:)

Gorzej z piątkowym z Ricardo! troszkę nam pomógł, ale nie mamy pojęcia czy nam w końcu to zaliczy czy nie!!!!!;/ z tym jego fałszywym uśmiechem nigdy nie wiadomo!!!;/ jeszcze po egzaminie i prezentacjach zaproponował nam lampkę wina, na uczczenie naszej współpracy! Myślałam, że tam padnę! Nie cierpie fałszywych ludzi! Chcę tylko, żeby nam to zaliczył i nigdy więcej go nie spotkać w moim życiu!!! Czy to tak wiele????;p no zobaczymy...wyniki w środę!

Piątek...ehhhhh...smutny piątek:(:(:(:( pożegnanie Andreei:( zrobiliśmy dla niej party, ale jej nie było! miała do załatwienia 10101918 spraw, jak to przed wyjazdem i nie zdążyła na własną impreze pożegnalną!;/ a zrobiłam, specjanlnie dla niej borek(tureckie jedzonko) oraz moje ciasto z jabłkami! Tzn. Borek był w moim wykonaniu, przy pomocy Marty, a ciasto, z maminego przepisu, tym razem, wykonała Dominiczka!:) wszystko było przepyszne!!!! Borek znikał w mega pośpiechu! a ciasto zostało zjedzone zanim zdążyło ostygnąć:) ledwo co odłożyłam 4 kawałki dla Andreei i 2 sztuki boreku, również dla niej! znowu potwierdziłam moje zdolności kucharskie..hehe:) aaaaaa...do tego wszytskiego Tomek zrobil makaron z sosem pomidorowym, równie dobry..:):):)

no więc po imprezce i zjedzeniu wszystkiego co było do zjedzenia była misja płaża. Bowiem nasz zakochany Turek (czyt.Serkan) postanowił zrobić na plaży prezent dla swojej wybranki, która 13.02 obchodziła urodziny. Zebrało się troszkę ludu (Andreea, która wróciła z Santiago, Domi, Alina, Turcos, którzy pomagali przy prezencie no i sama zainteresowan z przyjaciółką), były prezenty, sto lat, szampan, tort...co tylko dusza zapragnie! Muszę przyznać, że chłopak się postarał i nie omieszkam pokazać mojemu przyszłemy facetowi zdjęć z tej okoliczności, w celu wiadomo jakim..hehe:P I wcale nie chcę tylu prezentów itp. chcę romantycznie!:) no niespodzianka się udała, więc my z Andreea, która musiała się przebrać na imprezę i Domi, która wróciła do domku, gdyż za kilka godzin leciała do Rzymu(ehhh...) poszłyśmy do mojego mieszkanka, a reszta dalej świętować urodziny!:)

Spotkaliśmy się po 2:00 i udaliśmy do naszego ulubionego klubu "Tandem". Później zaliczyliśmy jeszcze "Ague" i "Garivaldi"...ok 5:30 zebraliśmy się do domku...za godz. Andreea miała autobus!

Towarzyszyli nam oczywiście Serkan, Sezgin i Baris:) każdy dostał po kawałku ciasta, które miało być przeznaczone dla Andreei, ale oczywiście chłopcom też się coś należało! zjedli, każdy, po pół boreku, bo nie mogli nie spróbować..;p a Andreea zażyczyła sobie dodatkowo, po raz ostatni:(, płatki z jogurtem - jeden z naszych ulubionych posiłków:) najedzona i wykąpana ruszyła, a my razem z nią, na parking, gdzie czekał na nią bus. Oj..ile było łez!!! nie mogłam uwierzyć w to, że ona wyjeżdża na zawsze! tzn. mamy zamiar się zobaczyć, ale...to już nie to samo!!!! ehhhhh....było mi bardzo, ale to bardzo, bardzo smutno!!!!!!!!!!!!!!!:(:(:(:(:(:(:( poszłam spać płacząc ok 8.30 rano.

Soboty praktycznie nie miałam..wstałam ok 17. poszłam na zakupy...i resztę wieczoru spędziłam przed komputerem! płacząc, myśląc, oglądając zdjęcia, filmy itp.

Wczoraj...Walentynki:) ehhh...śmiałam się, że będę siedziała i płakała nad swoją samotnością, ale nawet nie miałam czasu nad tym pomyśleć..:) wstałam ok.15 (bez komentarza) zjadłam śniadanie i postanowiłam pospacerować blisko oceanu:) jak się okazało Baris miał wszytskie moje karty pamięci do aparatu, a bez zdjęć nie może być, więc najpierw wybrałam sie do chłopaków. Zeszło mi jakieś 1,5 godziny. Akurat przygotowywali sobie śniadanie (było ok. 17;p) i czekali na Serkana, bo to on był w posiadaniu moich kart. Przylazł i jak się okazało chcieli iść ze mną. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że mieli w tym jakiś cel...;p 

Poczekałam łaskawie az zjedzą śniadanko, wypiłam herbatkę...i ruszyliśmy:) Serkan, Sezgin i ja...Barisa zatrzymały sprawy imieniem Maja..;p jak się okazało Serkan chciał zrobić prezent na Walentynki i potrzebował miejsca, w którym może wywołać zdjęcie! no chyba nie muszę mówić, że w niedzielę było to niemożliwe!!!!;D spędziliśmy zatem 3 godziny na poszukiwaniu prezentu, ale Alina była zachwycona!:) Kupił: kolczyki, szampana, truskawki, śmietanę i kwiatka! jak dla mnie stanowczo za dużo, ale ok, chciał jego sprawa!!!! BOYS...;p;p powiedział mi dziś, że wieczór bardzo im się udał, więc ja również się cieszyłam.:)

Wieczór zakończyłam z Sezginem i Barisem pijąc pyszny ayran przez nich zrobiony:) MNIAM!!!!!:) 

Oczywiście czeka mnie zrobienie boreku po raz drugi! chłopcom bardzo zasmakował, więc poprosili o ponowne wykonanie!:) no, a jak mogłam im odmówić?:) zwłaszcza, że nic nie będzie mnie to kosztowało, lubię gotować i spędzę z nimi fajny czas...same pozytywy:) wstępnie termin został ustalony na czwartek:) ale się cieszę, że im smakował...!!!!!:):):)

Dziś byłam z Marteczką na uniwerku w nadzieji załatwienia jakiś dokumentów. No coooooooś tam załatwiłyśmy, ale musimy jechać jeszcze w środę! mam nadzieję, że to będzie mój ostatni raz! obawiam się, że spędzę tam cały dzień, bo mam zamiar AMBITNIE poszukać materiałów do mojej pracy licencjackiej..:) zobaczymy czy mi się uda!:)

czyli, tak w sumie, zostal mi tu tydzień!!!! w następny poniedziałek będę spędzała 5 godzinę w busie do Barcelony!!!! na każdy dzień mam już coś zaplanowane!!!!!hahaha..:D matko..nie wiem jak ja się ogarnę!!!!:) dziś wymieniłam wszystkie moje plany...i zapomniałam o czasie jaki muszę poświęcić na pakowanie...hehe:) a, jakby nie patrzeć, to dość istotna sprawa! Po tym jak widziałam ostatni dzień Andreei stwierdziłam, że muszę to tak zaplanować, żeby w poniedziałek nie robić nic! W niedzielę będę całkowicie spakowana, a w poniedziałek tylko wstanę, ogarnę się i pojadę na autobus!!!! ehhh...to tak szybko minie..:( no, ale nie myślmy o tym jeszcze! jeszcze całe 7 dni, 168 godzin:)

no i jeszcze troszkę, na koniec, o hiszpańskim karnawale:) Mianowicie wygląda to zupełnie inaczej niż w Polsce. 

1) nie ma tłustego czwartku!offfffff...co to była za katorga, gdy wiedziałam, że wszyscy w Polsce objadają się pączkami, a ja nawet nie mogę sobie kupić, bo to, co tu nazywane jest pączkami do naszych ( a zwłaszcza maminych!!!) się nie umywa!!!

2) tu widać na ulicach, że jest karnawał! ludzie chodzą poprzebierani (krowy, mimowie, pszczoły, motyle, zorro, spierman, kowboje, cyganki, dzieci, diabły, a nawet spotkaliśmy Dr. Housa, itp.) i jest to całkowicie powszechny widok!:) nikt się nie dziwi, ludzie się uśmiechają...bardzo sympatycznie!

3) w Hiszpanii ostatnim dniem karnawału jest wtorek! i w sumie wydaje mi się to logiczne, gdyż post zaczyna się w środę. Tak więc we wtorek idziemy zobaczyć jak to tu wygląda!:) relacje zdam na pewno!

4) dla nich typowymi słodyczami są orejas ( ciastka w kształcie uszu, stąd nazwa) i fijoas:) żadnych jeszcze nie spróbowałam, ale mam zamiar jutro:) również napiszę co to takiego:)

No, to tyle..:) Moi współlokatorzy (Alba i Javier) przebrali się za mimów! wyglądali fantastycznie!!!!!! podoba mi się ten zwyczaj:) teraz jestem ciekawa karnawału w Rio de Janeiro...ehhh..:) kolejne marzenie do spełnienia???:)

ufff....koniec notki na dziś..:)

zabieram się za szukanie literatury do mojej thesis..:)

besosssssssssss..:*:*:*

środa, 10 lutego 2010

...bilety, tickets, billetes...dom, home, casa part 2

ehhhh...dziś kupiłam ostatnie bilety do domu:) co oznacza, że już na pewno tam wracam...hehe...babcie, mamo, ciocie...nie martwcie się!!! niedługo będziecie mogły mnie wyściskać, wycałować i zacząć dla mnie gotować co bym w końcu przytyła tyle, że będę się toczyła...hahaha..:D

No nic...po wczorajszych dyskusjach z Andreea i Domi doszłam do wniosku, że najlepiej będzie jechać busem! i tak tez zrobiłam! poszłam na stację spacerkiem...ok.30 min i kupiłam bilet A Coruna -Barcelona Sants:) czyli znowu moje kochane miasto!!!!!!:D:D:D z Sants będę się musiała jeszcze dostać na lotnisko, ale to już podobno nie jest trudne, a czasu mam wystarczająco! Bus jest najlepszy bo: jest tylko trosinke droższy od samolotu (58,5€, a samolot 55€!), a nie mam problemu z bagażem i co najważniejsze nie muszę czekać 18, 14 czy 12 godzin!:D:D:D wsiadam do busu w Coruni o 14:55 w ponidziałek 22.02, rozsiadam się na fotelu i nic mnie nie obchodzi. mogę spać, oglądać filmy, słuchać muzyki, a przy okazji zobaczę więcej Hiszpanii i to mnie cieszy najbardziej!:D:D:D wysiadam w mojej kochanej Barcelonie o 7:05 rano następnego dnia i mam ponad 3,5 godz na dojazd do lotniska, odprawę i takie tam! więc luzik!!!:D bilety kupione...spokój!!!!:D jupi...dzięki dziewczynki:*:*:*:*

dziś...musiałam zrobić jeszcze jedną prezentację - bez komentarza....;/;/;/;/;/, ściemniałam, póżniej spacer po bilety, później troszkę nauki, później Baris mnie nawiedził, przegadaliśmy jakieś 2 godz...przed chwilą się wykąpałam...no i teraz przyszła moja pora na naukę...:) tak więc Anieczko...do roboty!!! feminizm czeka, bo jutro z tego egzam!!! przedostatni!!!!! huraaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!

Idę aprender..:) ciao:)

jak zwykle uśmiech gości na mej twarzy...:D ehhhhhhhhhh...life is so beautiful...la vida es tan bonita..:):):):)

wtorek, 9 lutego 2010

...zrobioneeeeeeeee!!!!!!

no AnIeczko...hehe...nowa wersja mojego imienie stworzona przez Andree..:):P pero me gusta mucho..:)

projekty, wszystkie 3, zrobione!!!!!!!!!!!!!!:D:D:D:D jupi!!!!! wiem, wiem...zabrało mi to więcej czasu niż myślałam, ale są!!! a to najważniejsze!!! mam nadzieję, że nasz walnięty profesor nie zażyczy sobie czegoś jeszcze, bo chyba nie wiem co mu zrobię!!!! już go nienawidzę (choć pewnie, za kilka miesięcy będę mówiła o nim z, pewnego rodzaju, sentymentem!), więc nie wyobrażam sobie co będę czuła, gdy oświadczy nam z tym swoim fałszywym uśmiechem, że nie jest ok! padnę tam na zawał, albo nie wiem co..!!!! grrrrrrrrrrrrrr...:D

no nic...jutro nauka, bo w czwartek egzam z feminizmu! na szczęście nie jest zły:)

a dziś ponownie zrobiłam ciasteczka, tym razem z pomocą Andreei i David (dzięki Bogu skończył już egzaminy i znowu jest normalny:D:D:D!!!!) oraz Luiz byli wprost zachwyceni..hehe:D ponownie chodziłam cała dumna...haha..:D:D

aaaaaaaaaa....mam mały problem z biletem do Barcelony...;/;/;/;/ jutro będę wiedziała na bank, więc napiszę za kilkanaście godzin.! matko juz 3.06!;o;o;o

idę spać w pełni usatysfakcjonowana!...uśmiechnięte dobranoc...:):):)

poniedziałek, 8 lutego 2010

...ehhhhh...:):):)

No jest po prostu pięknie!!!!!!!!!:D:D:D:D:D:D

Dziś ponownie spacerek z Andreea, Los Turcos i Marteczką do pewnego momentu...;p

Założeniem było zwiedzić muzeum militarne i muzeum zegarków. Wybraliśmy się po 16...w domku byłam ok 21;p Muzeum zegarków zamknięte do 16 (hmm...a może 17) lutego, ale muzeum militarne udało się zwiedzić:) mnóstwo broni, armat, statków, itp...nie za bardzo mój temat, ale chłopcy byli bardzo zadowoleni...zresztą jak dla mnie też było ok:) naturalnie, dzięki spacerkowi, poznaliśmy wiele miejsc, w których nas jeszcze nie było! ehhh...uwielbiamy to miasto, które potrafi nas jeszcze zaskoczyć:)

Chłopcy wymyślili po drodze, że pójdziemy w takie jedno miejsce. Tak jakby most wchodzący w ocean! zapytam jutro Domi jak to się fachowo nazywa, bo pewnie ona wie, i napiszę tak, jak być powinno:);p no w każdym razie pomysł nam się spodobał, zwłaszcza, że Andreea bardzo chciała tam iść, a ona wyjeżdża już w sobotę (ehhh..:(:(:(:(!!!!), więc ruszyliśmy!

Niestety Marteczka nas opuściła..:( ale my bawiliśmy się pierwszorzędnie!!!:D pogoda wymarzona na spacerowanie! ehhhh....znowu odkryliśmy magiczne (i romantyczne;p) miejsca. Zaczęliśmy jak było jeszcze jasno, skończyliśmy jak już Corunia pogrążyła się w ciemności.:) no cóż...tu minutkę, tam minutkę, podziwianie widoków, ponad 150 zdjęć (w tym, oczywiście, większość to zdjęcia naszych tureckich macho:D:D!) plus 1 filmik - to musiało troszkę potrwać:) stwierdziliśmy, że od dziś (a właściwie od wczoraj, bo już 16 po 24:00) trzeba robić więcej filmików. Z racji tego, że zdjęć już mamy tysiące (tak,tak...Sezgin nie mógł w to uwierzyć..hehe) myślę, że większość na to przystanie...no...my na pewno!:D

Ehhhh....siedzę teraz przed komputerem, co chwilę oglądam zdjęcia z dzisiejszej wyprawy, a tak naprawdę postanowiłam, że zrobię dziś 3 projekty...hahaha..:D:D:D

Więc...Muszyńska bierz się do roboty...!!!!

ok..idę...uśmiechając się do siebie cały czas!!!!:D:D:D

sobota, 6 lutego 2010

...jest cudownie!!!!!!

krótko i treściwie....ERASMUS TO NAJLEPSZY, NAJFAJNIEJSZY, NAJCUDOWNIEJSZY CZAS W MOIM ŻYCIU!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Jest 6.21...niedzielny poranek:) 

Sobotę spędziłam siedząc, jedząc, leżąc i tak w kółko...póżniej była Marteczka i ok. 1 w nocy wybraliśmy się na spacer blisko oceanu: Marteczka, Andreea, Sezgin, Serkan i ja..:D:D:D było przecudwnie..:) ciepło, śmiechy, rozmowy, zdjęcia, ocean, plaża...nic więcej do szczęścia nie potrzeba!!!!!:D:D:D

no i jak można to określić inaczej....hmm...w sumie nie można tego określić!!! kto nie był na Erasmusie NIGDY tego nie zrozumie!!! nigdy nie zrozumie tego jakie to wyjątkowe...

Magiczne chwile z najlepszymi ludźmi, a w tle szum oceanu i piękne widoki w ciepła hiszpańską noc....

6.25...wykąpana idę spać...:)

Dobranoc nad ranem....ehhhhhh...zakochana w życiu,tak, że mocniej nie można...:)

środa, 3 lutego 2010

...początki końca..:(

Ehh...niestety nie mogę powiedzieć, że jest tak pozytywnie, jak ostatnim razem:( i składa się na to kilka powodów...

1) Wczoraj wyjechała nasz pierwsza Erasmuska...Merve! ehhh...jak nam było smutno!:( spotkaliśmy się w mieszkaniu, wypiliśmy turecką kawę (myślałam, że to coś naprawdę specjalnego, ale okazało się, że to taka jak polska parzona, z tym że zupełnie inaczej przygotowywana! mianowicie gotuje się wodę już z kawą i podaje w bardzo małych filiżaneczkach, no takich jak duży kieliszek i pije się na raz...tak jak kieliszek z wódką. Na końcu fusy się je, jak poinformaował nas Sezgin- następca Merve!), ostatnie plotki i razem z Diego (współlokator Merve) wyruszyliśmy na dworzec autobusowy! Andreea, Marta, Merve i ja samochodem, Baris, Serkan, Sezgin i Maja autobusem. Ryczenie zaczęło się przed wejściem Merve do autobusu, którym jechała do Madrytu, a stamtąd samolotem do Turcji z przesiadką w Niemczech. Chyba ja płakałam najbardziej, z czego oczywiście chłopaki mieli dużo śmiechu! Było mi smutno, że "nasze turecki słonko" wyjeżdża, ale najgorsze było to, że uświadomiłam sobie, że to początek końca:(:(:(:(:( teraz następni, póżniej następni, a później ja!:( ehhh...tylko tureckie chłopaki mają dobrze...dziś usłyszałam, że wjeżdżają stąd 30.09...;o;o;o;o to jest życie!!!!!:) alllleeeeee...jak będzie kasa, będzie do kogo przyjechać latem...hehe:) 

2)musmimy poprawić ten mega głupi egzamin z psychologii komunikacji!!!!! koleś jest bardziej nienormalny, niż się tego spodziewałam! nawet nasza koordyntorka nam to potwierdziła swoim wyrazem twarzy, gdy usłyszała jego nazwisko. Nie potrzeba nam było ani jednego słowa! jej uśmiech powiedział wszystko! na dodatek ta głupia poprawka jest 12.02 w południe, a Andreea wyjeżdża 13 rano, więc zostało nam nie za wiele czasu...:( aaaa...no i 11 też mam egzamin żeby było śmiesznie...grrrrr...;/;/;/;/

3) nie chcę mi się uczyć!!!!! i to tak strawszliwie mocno mi się nie chce! w piątek mam egzamin, który chciałabym, zdać bardzo dobrze, ale nie mam kompletnie ochoty przyswajać tej wiedzy!!!! m.in. właśnie dlatego piszę bloga!!!! mam już dość myślenia o egzaminach, prezentacjach, terminach, itp. OCZYWIŚCIE zdaję sobie sprawę z tego, iż przez pierwsze miesiące nie robiło się nic, ALE wciąż...no tengo ganas para estudiar...:( oby do przyszłego piątku i NARA!!!! mam nadzieję, będę już po egzaminach...w pełni zrelaksowana i mogąca iść na impreze z myślą, że już NIC nie muszę zaliczyć, zdać, nauczyć się itp! offfffff....czekam na to z niecierpliwością:):):):)

4) no i...dziś "polish Żubre Erasmus party" czyli...zaczyna sie dla nowych Erasmusów!!!!! to była nasza pierwsza impreza, to właśnie przed tą imprezą poznałam sie z Merve i Barisem...ehhh..i znowu zmusza mnie to do refleksji i myślenia o tym, że to koniec:(

no nic...dość tych smutków! idę się uczyć...naprawdę! idę się uczyć...:)

zostało 18 dni do wyjazdu...20 do spotkania ze wszystkimi!

besos:*

niedziela, 31 stycznia 2010

...pozytywnie..:)

ehhh...obiecałam napisać wczoraj, ale tak jakoś mi zeszło na robieniu niczego, że się nie wyrobiłam...hehe:D dziś relacja z opuszczającego mnie pecha...zaczynamy!:D

Sooooooo....31.01.2010...bez komentarza! dokładnie, ze szczegółami pamiętam 31.12.2009!!!! nie wiem gdzie są te dni! no po prostu nie mam najmniejszego pojęcia:( od dziś zostały mi 3 tygodnie do wyjazdu...ehhh...ale nie mówmy o tym...;p

Powróćmy do pecha...więc! woda i ogrzewanie wróciły już w poniedziałek, więc nie było źle:) jakoś przecierpieliśmy, ale ulga była niesamowita, gdy David, myjąc swoje naczynia sprzed 2 tygodni wypowiedział słowa "Jest ciepła woda!". aaaa...co do mycia naczyń...to pudełka wielorazowego użytku stały brudne 2 tygodnie, więc jak bałaganiarz wziął się za mycie to myślałam, że je umyje. A on, żeby się czasami nie przemęczyć, po prostu je wyrzucił!!!:D Myślałam, że padnę jak to zobaczyłam! Weszłam do kuchni, spojrzałam i zaczęliśmy się śmiać! LENISTWO I BAŁAGANIARSTWO TO DWIE CECHY HISZPANÓW!!!! no, ale nic...kuchnia wróciła do normalnego wyglądu po 2 tygodniach!:p

W czwartek zrobiłyśmy pięknie projekt z Andreeą! po środowej imprezie, dzięki której powrócił mój dobry humor, umówiłyśmy się o 13 na robienie projektu, z myślą, że skończymy go za dnia i będzie spokój. no tak...o 13 to ja byłam u niej, ale projekt skończyłyśmy o 3 nad ranem!;/ i to nie dlatego, że wymagało to tyle czasu, ale dlatego, że plotki, robienie pysznych pączków, a później towarzystw Merve były dla nas ważniejsze:D;p Tak naprawdę zabrałyśmy się do tego ok. 20 no i tak nam do 3 zleciało! ale projekt skończony, zrobiony, zamknięty na ostatnii guzik!!!:D:D:D jupiiii..!!!

W czwartek również dowiedziałam się, że zdałam egzam z tego niepotrzebnego do niczego przedmiotu..:D 13 dopowiedzi na 20 dobrze:D no jesteśmy z siebie naprawdę dumne!!!:D jeszcze jutro jedziemy przedstawiać nasze zadania, które robiłyśmy, a tak właściwie które zrobiły nasz kochane Hiszpanki- Laura i Lara, no i kolejny przedmiot zaliczony!

Od środowej imprezy mój humor uległ dużemu polepszeniu! Spotkałam się z moimi kochanym ludkami, byliśmy na imprezie, bawiliśmy się do rana! tego potrzebowałam!:) odstersowania się, pośmiana się z nimi i myślenia o czyś innym, a nie o nauce! byliśmy, jak zwykle w środę w Geographic-u na Orzanie, bo tam robią erasmusowe party! oczywiście już pod koniec nie było sie gdzie ruszyć, ale bardzo fajnie się bawiłam!:)

Czwartek już wiecie! projekt i nocka u Andreei...no właśnie...a a propo tego tematu. To uwielbaim Erasmusa za to, ze mogę robić, co chcę, gdzie chcę, kiedy chcę...i nikomu nie muszę się tłumaczyć! zostałam u Andreei na noc, co było kompletnym spontanem i nie musiałam wysłać żadnego sms, nie miałam pytań "dlaczego? po co?" itp. ehhh..jak to dobrze:)

No w piętek to była latanina! Wybrałyśmy się z dziewczynkami na zakupy! uffff....jak dobrze, że tym razem nic na mnie nie pasowało;p Byłam tylko, albo aż, doradcą:) i bardzo mnie ta rola satysfakcjonowała zwłaszcza, że nie straciłam ani jednego euro:) Po zakupach miałam robić moje kokosowe kuleczki w czekoladzie, ale że wróciłyśmy bardzo późno, to zdecydowałyśmy się na tapas. "Platino", 1,4 euro, piersi z kurczaka plus ziemniaczki smażone i byłyśmy w niebie:) bez gotowania, czekania, w pełni usatysfakcjonowane:) skończyłam ten dzień ok 2.30 w nocy gdyż jeszcze o 24 wybrałam się do Maji i Beaty na imprezkę pożegnalną( wyjeżdżają w piątek:(!!!). Było duuuużo ludzi i pyszna Sangria...niczego nam więcej nie było trzeba!:) czas spędzony, jak zwykle bardzo fajnie! Później chcieli mnie na imprezę wyciągnąć, ale naprawdę nie miałam siły! Byłam w pełni usatysfakcjonowana czasem spędzonym w mieszkaniu dziewczyn!

A wczoraj...pobudka była o 13.00!!!! później próba zrobienia projektu, a której nic nie wyszło, no i później imprezka:D Wcześniej, przed przyjściem gości, zrobiłam obiecane kuleczki...ehhhh....MNIAM!!!! zjedzone wszystkie...a ja jak zwykle byłam z siebie mega dumna..hehe:D ok 1.30 wyruszyliśmy na miasto. Andreea, Merve, Alina, Serkan, Sezgin i ja:) pogoda była nie za bardzo, ale daliśmy radę. Pierwsze kroki do "Agua" - ale ludzi nie za dużo, muzyka nie za fajna, więc poszliśmy do "Tandemu"...no i to był dobry wybór!!!:D Dużo, ale nie za dużo ludzi, muzyka jak najbardziej nam odpowiadająca, więc zabawiliśmy tam do 4 rano:D Póżniej jeszcze raz spróbowaliśmy do "Agua", ale tym razem nie mieli dla nas miejsca:) więc poszliśmy zobaczyć ocean, to 2 kroki, a gdy zaczęło padać wróciliśmy do domku. ok 5.30 poszłam spać, bardzo zadowolona z przebiegu ostatnich dni:)

Więc jak widzicie pech gdzie sobie poszedł...i oby już nie wrócił. We wtorek idziemy rozmawiać z zakręconym i wkurzającym nas profesorem, w piątek przedostatni egzamin...no i jakoś to leci:)

Zaraz wybieram się do kościółka....:)

aaaaaaaaa....w czwartek będą u Andreei usłyszałam, że bardzo dobrze mówię po castellano (nasz hiszpański) oczywiście, nie do końca w to wierzę, ale miło takie coś usłyszeć!:) autorem komplementu była Veronika - współlokatorka Andreei:) koniec i kropka...

besos:*:*:*

poniedziałek, 25 stycznia 2010

...Bosh...pech, pech, pech...grrrr...;/;/;/;

ehhhh....nie pisałam zaledwie kilka dni, a mam naprwdę duże zaległości. Był pech, teraz zaczyna się jakoś układać, a już niedługo do domu..:( no cóż...zacznijmy od początku...:) chociaż w sumie początek juz znacie...profesor robiący egzamin i informujący nas o tym tydzień przed...cd.

Pewnego dnia dostałam od Marteczki(:*) niepokojącą wiadomość, że nasze dokumenty przyślą dopiero w lipcu, a to za późno, żeby się bronić, zdawać na magistra(w moim przypadku) i odebrać dyplom ukończenia studiów (w przypadku moim i dziewczyn). No to się zdenerwowałyśmy, ale że informację przekazała nam Beata, postanowiłam nie przejmować się za bardzo i napisałam do naszej pani prodziekan. hmm...jak się okazało, niestety, Beata miała rację. Mianowicie nasza pani prodziekan odpisała, że bez wszytskich niezbędnych dokumentów z Hiszpanii, nie ma opcji, żebyśmy się broniły...;/ jednak w drugim mailu zaznaczyła, że pomoże nam jak tylko będzie mogła, a my też mamy zrobić wszystko co możemy, aby te dokumenty przyszły na czas i jakoś to będzie. No w tej kwestii nie pozostaje nam nic innego jak tylko iść, błagać, prosić, a w najgorszym przypadku płakać i grozić..hehehe:D Postanowiłyśmy, że musimy mieć te dokumenty i koniec!:) OBY się udało, bo nie chciałabym robić sobie rocznej przerwy w studiach. Pozostaje wiara, której mamy niemało:)

Co do pecha to było kilka rzeczy, w które po prostu nie mogłam uwierzyć się, że się dzieją.

Po pierwsze w zeszły weekend nie miałam ciepłej wody, ani ogrzewania;/;/;/;/ z piątku na sobotę spałam u Aśki i Marty, więc luzik, ale w sobotę i w niedzielę już musiałam kąpać się w zimnej wodzie czego nienawidzę z całego serca!!!!!!;/ ogrzewanie jakoś przeżyłam, bo nie było tak straszliwie zimno, ale woda....;/ na szczęcie w poniedziałek już była...odetchnęliśmy z ulgą! jak to niewiele człowiekowi do szczęścia potrzeba:D

Pech nr. 2...mianowicie okazało się, że pociąg, o którym myślałam cały czas, że pojadę nim do Barcelony został odwołany!;/ myślałam, że padnę jak to zobaczyłam! teraz będę musiała 13 godzin przesiedzieć w Barcelonie na lotnisku w oczekiwaniu na lot do Berlina! nie wiem jak ja to zrobię, ale...no jakoś trzeba! Żyję nadzieją, że znajdę tam gnizadko do ładowania mojego laptopa i spędzę wieczór...hmmm...całą noc z "Dr. Housem"! no bo co innego będę miała robić? ehhhh...dłuuuuga podróż do domku mnie czeka!

Pech nr. 3...w poniedziałek, nie dość, że musiałam wstać o świcie i jechać na zajęcia, to jeszcze rano moja żarówka odmówiła całkowitego posłuszeństwa. o 7 rano chciałam zapalić światło, a ona po prostu pękła! myślałam, że się popłacze!!!!;/ rozprysnęła się po połowie mojego pokoju, więc nie dość, że musiałam ubierać się po ciemku, to jeszcze sprzątać musiałam, a później nieźle się namęczyłam, żeby ją wymienić;/;/;/ ale udało się...mina dumna..;p

aaaaaaaaaaaaa...zapomniałabym o najważniejszym!!!! zabrakły mi DWA punkty, żeby zdać jeden z egzaminów i okazało się, że prezentacja nad którą siedziałam cały zeszły weekend nie jest taka jaką sobie zażyczył pan profesor;/ myślałam, że wyjdę z siebie!!!!! przysięgam! to był mój pierwszy i najprawdopodobniej jedyny i ostatni raz na Erasmusie, gdzie myślałam, że wyjdę z siebie ze złości;/ no, ale napisałyśmy do niego konkretnego maila( zaraz po otrzymaniu wyników...tak, tak to ten profesor od egzaminu!) i we wtorek idziemy na rozmowę. Vamos a ver (zobaczymy...), ale mamy nadzieję, że nam zaliczy...! tzn. wiemy na bank! że w końcu nam zaliczy tylko pytanie brzmi "Po co nas tak strasznie wkurza?????" Bo to profesor, który sam nie wie czego od nas chce, co chwilę zmienia zdanie, a ja np. tego nie cierpię!!!! Ehhhh....

A no...i Marteczka kupiła sobie torbę, na którą już dawno polowałyśmy. Z 9 euro przecenili na 3...byłam załamana jak to zobaczyłam, bo ona wzięła ostatnią, ale dziś miałąm okazję kupić taką samą, jednak stwerdziłam, że nie mam do czego jej nosić i dałam sobie spokój:)

no...to idę na domowe good bye party Beaty i Maji:(:(:(:( nie mam dziś sił na imprezę...ale jutrooooo...:D:D:D owszem, owszem..:)

aaaaaa...jutro też napiszę o tym, że pech powoli ode mnie odchodzi ( dzięki Bogu)!:)

kisssssssseeeeeeesssssss...:):*:*:*:*

środa, 20 stycznia 2010

...strange mood...strange day...ale z uśmiechem:)

hahahaha...dziś postanowiłam napisać bloga zainspirowana przez Karolinę...:) (http://tureckie-erasmusowanie.blogspot.com/)

Ostatnio jakiś dziwny humor...ale wiem dlaczego więc jakoś się nie przejmuje specjalnie;p

No, ale dziś na serio nawkurzałam się tyle, że juz nie apmiętam kiedy ostatnio użyłam tylu przekleństw w jednym dniu...;p:)

No bo tak...cały dzień słuchania o tym, że egzamin, że co zrobimy, jak nie zdamy...i ble ble ble...później owy egzamin...no a później jakaś śmieszna konferencja, z której nie wyniosłam NIC! oprócz dyplomu, za konferencję poprzednią, a tylko straciłam czas i obecność na zajęciach, sto razy bardziej interesujących, u Cathryn!;/ aaaaaaa...i w międzyczasie miałyśmy rozmowę z Fernando, na temat naszego egzaminu z TIC...;/ offffffffffffffffffff.....!

Ale jest też coś mega pozytywnego, ale jak na razie nie rozgłaszam, żeby nie zapeszyć...:D niby jest na 100 procent, ale kto to wie...;p

Egzamin....uffffffffff...dowiedziałyśmy się tydzień temu...ale o tym, już chyba pisałam, więc powtarzać się nie będę..;p Poszło FATALNIE...!!!!! zresztą nie tylko nam, ale wszystkim studentom! pytania nie były zrozumiałe, odpowiedzi podobne...ludzie wyszli załamani...! My z Marteczką ( moje spojrzenie na świat:*!) pogodziłyśmy się z tym, że no raczej 26 na 40 trafić nam się nie udało, więc pogodziłyśmy się z porażką!:D i nawet nas to śmieszyło...no bo, co miałyśmy płakać nad rozlanym mlekiem? Będziemy płakały jak naprawdę się okażę, że nasz zakręcony Ricardo nie da nam wpisu...;p Ludzie nam mówili, że się uczyli i też nic z tego...ehhhh...mamy nadzieję, że słowo "Erasmus", naprawdę, otwiera wszystkie drzwi..:D:D:D

Rozmowa z Fernando...postawił kawę...coś tam pobręczał, że mamy za mało obecności ( no raczej nie mogłyśmy mieć wszystkiego, skoro praktycznie w październiku nie chodziłyśmy;/!) no i stanęło na tym, że napiszemy jeden egzamin w 3...;p Bajka...naturalnie, że się zgodziłyśmy...ale czeka nas weekend z Nowymi technologiami stosowanymi w pedagogice! noooo...naprawdę bardzo przydatny przedmiot, zwłaszcza, że praktycznie nikt na nim nie uważał...;p myślałam, że tylko w Polsce są przedmioty tego typu, ale jak widać, studenci na całym świecie( a przynajmniej w Europie) są zmuszeni do chodzenia na przedmioty w stylu "niepotrzebny do nieczego";/ no cóż...materiał trzeba przerobić...a niemało tego i w środę pięknie iść i zaliczyć!:) a jeśli nie...no jak na razie nie bierzemy tej opcji pod uwagę...;p zwłaszcza, że Fernando wygląda na takiego, który chce zaliczyć każdemu...oby...!!!!!

Po egzaminie przyszło nam spędzić ponad 2 godziny na jakimś śmiesznym wykładzie na temat kina! Tak w sumie to poszliśmy tam dla dyplomów, które mieliśmy otrzymać za udział w bloku konferencji orgaznizowanym przez Ricardo. Ehh...miało być od 18 do 19, póżniej dyplomy i do domku! Ale, oczywiście, poszło nie tak! od 18 do 18.50 próbowaliśmy uruchomić jakiś film, tylko po to, aby obejrzeć jego 5 min...;/ jak się w końcu udało ( po zmainie sali, złamaniu okularów- hahaha- pana wykładowcy i dwukrotym zrzuceniu głośników) przez kolejne 40 min słuchaliśmy jak pan wykładowca czyta coś tam o kinie, no i później kolejne 10 min filmu! grubo po 19 otrzymaliśmy swoje upragnione dyplomy ( nie wszyscy, bo biedna Marteczka i Marysia nie dostały) pojechałyśmy do domku..:) ehhh...co my się nawkurzałyśmy, najoderowałyśmy, itp...;p

No, ale pozytywne rzeczy to, to, że np.ten głupi egzam za nami ( zdany czy też oblany, ale za nami) i że z prezentacji Para a Paz dostałyśmy 7...:D nie wiem, co prawda, na ile, ale 7 bardzo mnie satysfakcjonuje..:D teraz jeszcze się zrobi scenariusz na ten przedmiot i nara! zaliczone!

Przed 21:00 byłam w moim kochanym mieszkanku...:) zjadłam na kolacje kupioną po drodze bagietkę ( matko jak ja będę za tym tęskniła w Polsce!:(!!!) no i zrobiłam sobie pyszną jajeczniczkę:)

Najedzona pokonwersowałam troszkę z uczącą się Albą i ściemniającymi chłopakami:) no i tak gadamy ( Luis, David and me..), siedząc ( David), stojąc (Luis), leżąc (ja), oczywiście o tym kto jest guapo ( przystojny) kto guapa (ładna), a kto nie..;p

No i w pewnym momencie David, mój uroczy, mnie pyta "Ania...a Ty jesteś bardzo religijna nie?" na co ja zdziwiona ( no bo po pierwsze- co to za pytanie; po drugie- raczej nie na teamat; a po trzecie- skąd taki wniosek?) "że bardzo to chyba nie! tak normalnie! a dlaczego?" i wtedy padła odpowiedź: "no bo jak tu jesteś to nie miałaś żadnego faceta w pokoju!" ( z myślą " z nikim się nie przespałaś na Erasmusie") hahahahaha...no ja myślałam, że padnę:D W życiu się nie spodziewałam takiej odpowiedzi! zaczęliśmy się śmiać...no bo, co miałam odpowiedzieć?:) ehhhh...BOYS!!!!!

No, ale oczywiście poprawili mi humor!:) chwała im za to, że są!:)

A tak w ogóle to moje kontakty z dnia na dzień stają się lepsze! tzn. nigdy nie były złe!!!! ale teraz mogę więcej im powiedzieć, mogę żartować z rzeczy, z których wcześniej nie mogłam, itp...szkoda tylko, że już niedługo będę musiała stąd wyjechać...:(:(:(:(:(:(:(:(:( boję się odliczać dni...już same wystarczająco szybko lecą!:( masakra!!! Javier dziś kochany, przyszedł do mnie, zapytał jak egzamin, pogłaskał po plecach jak tata...:) no jak tu ich nie uwielbiać?:) Alba oczywiście zaoferowała pomoc, bo mam coś do zrozumienia w gallego, a nie wszystko czaje...chłopcy mi humor poprawili...no są CUDOWNIIIIIIII!!!!!!

aaaaaaaaaaa...a David bałaganiarz i syfiasz ( ale tak dosłownie!!!) jak nie wiem co, okazał dziś mega eforię, gdy go poinformowałam, że jutro tzn dziś;p mam zamiar posprzątać. Użyłam słowa wszystko, ale oczywiście nie mam najmniejszego zamiaru myć jego, stojących od tygodnia, naczyń:). Mówiąc wszystko miałam na myśli kuchnię ( bez mycia naczyń;p), łazienkę no i salon, który już naprawdę tego potrzebuje!!! Stwierdziłam :"David co Ty zrobisz jak ja wyjadę?" na co David "To będzie mierda ( do dupy!)":) poczułam się doceniona...hehe..:) naturalnie Luis słysząc, że David WSZYSTKO sprząta ( żart, którym zarzucił podczas konwersacji ze mną;p) wybuchnął śmiechem:D hahaha...poszłam do niego i zapytałam z czego się śmieję i jak może nie zauważać tego, że David ZAWSZE i WSZYSTKO sprząta...hahaha:) czyli powszechnie znane jest w naszym mieszkaniu bałaganiarstwo pana D.;p

Ehhh...jest 3.15 w nocy..:) muszę jeszcze zrobić malutką rzecz i mam nadzieję, że o 4 będę już słodko spała..:) ale mogę dziś leniuchować ile mi się chcę...bo już weekend...:D:D:D ehhh...jak dobrze! i tylko 3 dni na uniwerku..:)

idę...do następnego posta...:)

pozdro i besos..:*:*:*:*:*:* 

piątek, 15 stycznia 2010

zaczynam sobie przypominać co oznacza czasownik "uczyć się"...;p

Dzień 15 stycznia 2010...offfff...pamiętam dzień 1 a tu już 15..;/ dlaczego to tak szybko leciiiiii???????????

no nic...dziś postanowiłam napisać, bo po 1: tydzień nie pisałam, po 2: mi się chcę, a po 3: troszkę moje erasmusowe życie ulegnie zmianie w ciągu kolejnych kilku dni ( mam nadzieję, że nie tygodnii....Dios mio!!!!!).

Mianowicie muszę na serio!!!! zacząć się uczyć! i z jednej strony się cieszę, bo jak Javier dziś powiedział, "nie wyjadę stąd głupia!", a poza tym fajnie sobie przypomnieć, po niemalże 4 miesiącach lenistwa, co tzn. uczyć się;p...no i hiszpański, chcąc, nie chcąc zrobi kilka kroków naprzód..:)

Więc zaczęło się od wczoraj! Nasza profesor od Psicologia comunitaria (Ricardo Garcia Mira), gdy poszlismy do niego "zdawać egzamin" stwierdził, że z tego co przeczytaliśmy mamy zrobić prezentację, ale na egzamim, taki dla wszystkich, i tak musimy przyjść!!!!! Myślałyśmy, że padniemy jak to usłyszałyśmy! Po pierwsze: nie tak się z nim umawiałśmy, po drugie: nie mamy absolutnie żadnych notatek, po trzecie: niepotrzebie spędziłyśmy czas na czytaniu tego co nam dał twierdząc, że z tego nam właśnie egzamin zrobi, a po czwarte: o egzaminie, zwłaszcza w innym języku!!! fajnie byłoby wiedzieć kilka tygodni wcześniej, a nie, tak jak w naszym przypadku, kilka dni...;/ no cóż...opuściłyśmy gabinet Ricardo ( bo jak pamiętacie w Hiszpanii do profesorów mówi się na TY) mega wkurzone, nie wiedzące co ze sobą zrobić i kompletnie rozbite psychicznie...matko, ale to brzmi:D:D:D no ale taka jest prawda no!!! bo jak się wie o egzaminie od początku to się na niego przygotowuje...przynajmniej psychicznie...;p a tak? my myślałyśmy, że będzie luzik z tym przedmiotem, a on wyskoczył z egzamem!grrrrr....;/;/;/;/

Tak w sumie to jestem pewna, że i tak zaliczymy ten przedmiot, ale co sobie człowiek nerwów napsuje zamiast cieszyć się ostatnimi dniami wolności...hehe:D offfffff...( offff- ekspresja pochodzenia tureckiego mająca wyrażać polskie nieeeeeee...;p!) no cóż...weeken trzeba się pouczyć iść, usiąść, pytania przeczytać i co się będzie wiedziało się napisze co nie- się śćiągnie ( bo to test więc łatwo..hehe;p!) bądź też strzeli...:);p będzie dobrze...mam nadzieję:)

A póżniej czekają nas jeszcze egzaminy z Servicios Sociales, Genero y Educacion oraz Nuevas technologias aplicades en educacion...ehhh..:) Vamos a ver...( zobaczymy...)

Dziś miałam jakiś taki niefajny dzień...yhm, yhm...na koniec poprawiony przez mojego uroczego współlokatora Davida...:);p ale wstałam już lewą nogą, wycieczka z ww. profesorem jakoś mnie nie cieszyła, więc siedziałam przy oknie naburmuszona na cały świat! nienawidzę takich dni, no ALE...

Jak się później okazało excursion (wycieczka) bardzo trafiona! Pojechaliśmy na Costa de Morte (http://en.wikipedia.org/wiki/Costa_da_Morte) tam byliśmy w ośrodku dla osób niepełnosprawnych fizycznie i psychicznie, a później zwiedziliśmy Torre de Allo (chyba tak się to nazywało;p) w każdym razie stary budynek, który kiedyś służył jako dom. Widzieliśmy proces pieczenia chleba np...:) Poźniej pojechaliśmy w dalszą drogę po to, aby dowiedzieć się kilka słów o Dolmen de Dombate (http://www.google.pl/search?hl=pl&q=dolmen+de+dombate&btnG=Szukaj&lr=&aq=f&oq=). Jak sami możecie zobaczyć w linku...kilka kamienni na krzyż...kiedyś miejsce kultu dla pewnych ludzi, zawsze w słońcu, miało 4 m wysokości, obecie z racji osuwania się ziemii ma może z metr...no mniej więcej to powiedział nam przewodnik, z którym później udaliśmy się na ruiny zamku! Wiało STRASZNIE i w ogóle padało, więc niefajnie nam się stało, ale na szczęście nie byliśmy w Polsce( gdzie wszystko musi dziać się krok po kroku i zgodnie z zegarkiem;/!) i wystarczyło 10 min. konkretnych informacji i nasz komunikat, że już nie chcieliśmy tam stać no i poszliśmy:)

Zgadnijcie gdzie...??????:D:D:D:D taaaaaaaaaaaaakkkkkkkkkkkkkk...na jedzenie...hahaha! ( Pani Krysiu- mamo Karoliny- pozdrawiam:):*!!!)...no kurcze wiem, że dużo piszę o jedzeniu, ale WIERZCIE MI, że dla Hiszpanów to mega ważne!!! hehe...chwilami śmiejemy się z dziewczynami, że przyswoiliśmy już torszkę hiszpańskiej natury mówiąc o tym, co ugotujemy przy następnym spotakniu! Ale to też dlatego, iż przekonałam się, że gotowanie, pieczenie i ogólne "kuchcenie" sprawia mi mega wielką radość! Naprawdę to lubię zwłaszcza, gdy słyszę te wszystkie miłe słowa pod moim adresem, gdy znajomi zajadają się kurczakiem, ciastem czy kokosowymi kuleczkami:);p

No więc do rzeczy...comida ( jedzenie) składała się z: zupy ( caldo- typowa galicyjska zupa z kapusty ziemniaków), dania drugiego: mięso ( żeberka lub kurczak), chorizo (http://pl.wikipedia.org/wiki/Chorizo), ziemniaki i warzywa deseru z kawą ( coś w stylu naszej chałki, ale w bochenkach jak chleb, mega dobre!) , a wszystko zakończone różnymi rodzajami likieru:):D:D:D! do picia podano wodę oraz wino! no byłyśmy z dziewczynami w mega szoku jak to zobaczyłyśmy! Oczywiście jedzenie w restauracji, bardzo smaczne i do oporu! pomiędzy obiadem a deserem podano popielniczki ( wiadomo Hiszpanie- palacze) i studenci ( zaznaczam, że w Hiszpanii zaczyna się studia szybciej, więc oni mają po 20 lat) palili przy profesorach bez żadnego skrępowania czy zastanowienia się! Likier był pyszny...;p ciasto również...no wszystko mega pozytywnie!

Nie mogłam się nadziwić, zwłaszcza, że to zupełnie inny obraz wycieczki niż w Polsce! zero jakiegokolwiek odliczania czasu, a pomimo tego wszyscy zorganizowani, nikt się nie zgubił, wszyscy byli na czas ( no oprócz Marta przed wyjazdem...hehe;p!), zero pośpiechu, przewodnik konkretny, dosłownie kilka zdań na każdy temat i ten posiłek...! aaaaaaaaaa...zapomniałam dodać czegoś bardzo ważnego i równie odmiennego od Polski...za cały ten dzień nie zapłaciliśmy ANI GROSZA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! wszystko sponsorował uniwersytet!!!!(http://www.udc.es/principal/ga/) ehhh..no i jak tu nie kochać Hiszpanii...no powiedzcie jak????:D:D:D zobaczyliśmy morze, piękne plaże i zostałyśmy zaproszone przez Ricardo do jego weekendowego domu przy plaży!:) jak stwierdził ( Mój dom jest waszym domem) a nam powiedział, że latem możemy do niego zadzwonić i ona nas weźmie i będziemy sobie tam mieszkały za free...:) hahahaha...:D:D taaaa...zapewne z tego skorzystamy! ehh...Hiszpanie!:)

Dzień zaliczam do udanych...aaaaa...no i jak wróciłam oczywiście konwersacja z D. poprawiła mi humor...:) no nic...miałam robić prezentację, ale chyba już mi się nie chce!;p jutro po przyjezdzie z zakupów tym razem z Dominiką:) ale zgodnie stwierdziłyśmy, że trzeba się uwinąć, gdyż nauka czeka:)

Idę więc spać...iyi geceler( turecki), napte buna ( rumunski), buenas noches ( hiszpański), Good night ( angielski), a to wszystko to, po prostu, Dobranoc!!!!:):*:*:*

p.s. dzień 16 stycznia od 40 min....

czwartek, 7 stycznia 2010

Bilety, tickets, billetes...dom, home, casa...;p

no cóż...stało się...przyszedł ten moment...ten dzień...i bilety do domu kupione...! i tak w sumie to się cieszę, bo mam już problem z głowy...nie muszę myśleć, kombinować, zastanawiać się...itp...kupione, zapłacone, jak to mówią "co z głowy to z myśli":D ale z drugiej strony...znam już dokładną i na 99 procent nieodwołalną datę wyjazdu z miejsca, które jest dla mnie tak strasznie ważne, fajne i w ogóle...:(:(:(

Oczywiście bilet kupiony dzięki Domi i małej pomocy Kuby...:D bo miałam sto pytań do...z racji tego, że oni są światowi ( zresztą nie tylko im głowę zawracałam moimi pytaniami...;p;p;p Filip dzięki..:)!), a ja nie...;p no i Domi usiadła na 5 min, i za chwilę miałam bilet do domu wybrany....hahaha...:D jak to dobrze mieć w okół siebie takich ludzi...nie dość, że mega fajni to jeszcze pomocni...DZIĘKUJĘ DOMINICZKO..:*:*:*:*

Więc moja podróż zacznie się 22.02 rankiem, gdyż tego dnia będę już musiała wyjechać z Corunii do Barcelony! po 15 godzinach jazdy dotrę do Barcy, tam przetaszczę się na lotnisko i do 9 rano następnego dnia będę czekała na odprawę itp...:) jakoś to zleci...przynajmniej tak myślę...taką mam nadzieję...:D:D:D e tam...po tym półrocznym pobycie tutaj lotnisko to pikuś...haha..:D bilet easy jet z Barcelony do Berlina (42,99 euro), a póżniej bus z Berlina (prawdopodobnie ok 110 zł.) do...jeszcze nie wiem...;p moje kochane Gniezno lub mój studencki Poznań! ale to już nieważne...:D ufff...i będę w Poloniiiiiiiiii...po 5 miesiącach...:)

No a dziś pierwszy dzień rebajas (przeceny) więc od godz 10.30 do ok. 17.30 buszowałyśmy z dziewczynkami po sklepach...:D było faaaaaaaajnie, owocnie ( a to najważniejsze!), ale męcząco...;p dziś pójdę spać jak normalny człowiek czyli ok. 1.00:) kupiłam torebkę, bluzkę, 2 pary spodni i takie tam duperele...:) ogólnie jestem bardzo zadowolona...:D

Jutro obiadek szykujemy, gdyż obiecałam naszej Turczynce kurczaka...:D:D:D mam nadzieję, że będzie rico (pyszny)! no nic...trzeba iść spać!

aaaaaaaaaaa...jeszcze tylko opowiem sytuacje płacenia za moje piso raro(dziwne mieszkanie)! Pytam wczoraj Albę ile mam zapłacić, za mieszkanie ( mieszkam już 4 miesiąc i nie zapłaciłam ANI pół euro...haha) ona nie wie..;p no to pytam Javiera...on też nie wie...;p ale jak powiedziała, że naprawdę muszę to wiedzieć no to policzył: 4 miesiące po 130 euro ( ze wszystkimi rachunkami naturalnie:D:D:D!) plus internet ponad 30, ale stwierdził "Ania, dasz mi 30 euro będzie ok"! no ale przecież będę tu 5 miesięcy???? no to odpowiedż brzmiała "za luty dasz nam tyle ile uważasz" hahaha...no i jak tu ich nie kochac nooooooooo???????????:D ehhhh...jestem fuksiarą...tato po raz nie wiem który przyznaje Ci rację w tej kwestii...:*:*:* ehhh...ahora verdad...me voy a dormir...

iyi geceler todos...:):*:*:*

wtorek, 5 stycznia 2010

Stary Rok...Nowy Rok...:D

Dziś 5 dzień Nowego Roku...ehhh...!!!! a ja jeszcze pamiętam cudownego Sylwestra, jakby to było wczoraj!:D

Było IDEALNIE!!!! Najfajniejsi ludzie ( brakował Domi i Andreea, ale były z nami duchowo...jestem pewna...;p!), najfajniejsza atmosfera, najfajniejsze miejsca...tak to widziałam! najpierw mini party, no które oczywiście większość się spóźniła, później szampan, confetti i winogrona na ławce przy Torre de Hercules...ponownie mieszkanie dziewczyn, później Orzan...no i czekolada z churros!!!!:D Impreza do białego rana, tańce, zabawa, radość, wygłupy, żarty...jeśli tak będzie wyglądał cały mój rok to 31.12.2010 powiem, że byłam najszczęśliwszą osobą na ziemii...:D:D:D kocham moje hiszpańskie ludki, kocham to miejsce, wszystko co tu robie...kocham Erasmus!!!!!:D:D:D:*:*:*

Dziś pochmurno...ale wczoraj i przedwczoraj pogoda była tak piękna, że aż nie mogliśmy w to uwierzyć!!!całe dnie spędziliśmy spacerując!:D

W niedzielę zdobywałyśmy Torre z Beatą, Maeteczką i Asią, która opuściła nas po godzinie. Zrobiłyśmy sobie sesję zdjęciową bawiąc się przy tym mega dobrze! Narobiłyśmy ok. 300 zdjęć po to, aby wybrać te najlepsze...hmm..okazało się, że prawie wszystkie są najlepsze...:D:D:D póżniej był obiadek u Marty, kościół i herbatka u mnie...:):)

Wczoraj wybraliśmy się (ambitnie;p!) na dluuuuuuuuuuuuuugi spacer! ale to już większą ekipą: Merve, Serkan (chory, ale mu nie odpuściłam;p), Baris, Maja, Beata, Marta i ja! Wybraliśmy się na Santa Cristina...podobno najpiękniejsza plaża w A Corunii! droga była naprawdę długa...ponad 2 godziny w jedną stronę:D ale pogoda bardzo nam dopisała, więc oprócz chorego Serkana i Merve nie było za dużo marudzenia! Zweidziliśmy zupełnie inną, daleką część Corunii:) było jak zwykle wesoło, zwłaszcza jak tureccy chłopcy, swiom zwyczajem, robili sobie "narcyzstyczną" sesję na plaży...haha!:D bez ich zdjęć ("teraz ja chcę", "teraz ja!") jakiekolwiek wyjście, wycieczka itp. nie byłaby do końca udana...haha:D no cóż...niech żyją nadal w swojej słodkiej nieświadomości, a my wiemy swoje mężczyzna zawsze jest tylko mężczyzną...hehe:D uwielbiam naszych tureckich przystojniaków!!!!!:D

Droga na Cristinę była naprawdę długa więc postanowiliśmy wrócić busem ( ale tylko z racji tego, że nie wszyscy się dobrze czuli!). Chłopcy w autobusie wyglądali jak pijani, tak im się chciało spać..haha:D Mieliśmy jeszcze zamiar robić u mnie tortillę mega wypas, ale nie mieliśmy siły! Poszliśmy więc na tapas ( paluszki krabowe..ymmmmm..PYCHOTA!!!!)...nawet nie chcę teraz o tym myśleć!!! objedliśmy się tak, że już dawno nie czułam się tak pełna jak wczoraj (2,8 Euro) Nawet herbaty w siebie nie wcisnęłam wieczorem! Jeszcze Marteczka posiedziała u mnie do ok 22...i dzień z MOIMI się zakończył:) położyłam się do łóżka ok 24, gdyż naprawdę byłam zmęczona i pewna tego, że nie będę miała problemów z zaśnięciem! niestety...o 1. ponownie włączyłam, na 10 min, komputer, a później był kubek gorącego mleka i "Crepusculo". Ok. 3 zapadłam w sen...bez komentarza...!!!!! NIENAWIDZĘ bezsenności...;/;/;/ to gorsze niż myślałam...offffffffffffff....!!!!!!

O 15.00 ponowne spotkanie  z wczorajszą ekipą. Dziś robienie tortilli, na którą wczoraj zabrakło sił:D będzie mega wypasiona (tzn. takie mamy plany;p). Szczerze to nasz pierwszy raz z tortillą...no, ale optymistycznie patrzymy w przyszłość! po przygotowaniu TAKICH świąt nic nam niestraszne...;p;p;p

Ehhh...a co do Nowego Roku...????? niby trzeba mieć plany, coś sobie postanowić, na coś liczyć...ale ja nie wiem czy takowe posiadam na dzień dzisiejszy...:D myślę sobie, że jeżeli ten rok będzie taki jak 2009 będę naprawdę szczęśliwa! poprzedni przyniósł mi więcej niż oczekiwałam...mam prawo jazdy, jestem w Hiszpanii ( a to było moje największe marzenie!!!!), mam w okół siebie PRZECUDOWNYCH ludzi ( w Polsce i tutaj!) i czuję się naprawdę SZCZĘŚLIWA!!!!! czego można chcieć więcej?? noooo...może poza licencjatem, pracą, własnym samochodem, wycieczką do Turcji, do Rumunii...itd...hahaha:D:D:D:D

Zobaczymy co się spełni, co nie...oby nie był gorszy od tego!!!!!!!!

aaaaaaaaaaaaa...by the way...doszłyśmy, wczoraj, do wniosku z Marteczką, że są pewne marzenia, których spełnienia nie oczekujemy...są tylko i wyłącznie marzeniami...i to też jest fajne!!!!:D

p.s. niedługo trzeba kupić biety do domu!!!!!:(:(:( kilka osób już takowe posiada...a mi na samą myśl chcę się płakać...bo to naprawdę oznacza koniec mojej najfajniejszej przygody w życiu...:(:(:( i choć zaczynam tęsknić...do domu mi nie śpieszno..:)

KOCHAM WAS rodzinko i kocham wszystkich, którzy mnie tam w Polsce wyczekują..:*:*:*